Strona główna > Muzyka > Mroczny rock and roll

Mroczny rock and roll

I obiecana recenzja Black River. Jako, że coś nie może się doczekać publikacji w medium o większej sile rażenia niż mój blog, zamieszczę ją u siebie, aby zaspokoić swoją próżność, a może i parę osób ucieszyć🙂

black_riverBLACK RIVER – „Black’N’Roll”

Black River konsekwentnie podążają drogą wytyczoną na debiucie, delikatnie oczyszczając ją z rzeczy niepotrzebnych. I dobrze na tym wychodzą.

Tytuł dobrze oddaje zawartość płyty. Jest tu energetyczne, hardrockowe granie w rockandrollowym klimacie, ze stonerowym brudem gitar, ale nie jest to jedynie frywolna, zabawowa muzyka, bo w tekstach sporo jest mroczniejszych barw. Co nie znaczy, że Black River nie potrafią pisać bezpretensjonalnych, weselszych piosenek, nadających się na imprezę w gronie wyznawców rocka, czy szaleństwo podczas koncertów (choćby „Lucky In Hell”, tytułowy, „Like A Bitch”). Chwilami unosi się atmosfera zadymionej knajpy pełnej rockandrollowców sączących whisky, lecz nie brak utworów o poważnym wydźwięku, bardziej do refleksji niż do hulanek (wolny, ciężki, mocno stonerowy „Breaking The Wall”). Udało się Black River zgrabnie połączyć dwa klasyki – „God Save The Queen” i „Jumpin’ Jack Flash” w jeden numer „Jumping Queeny Flash”. Początek bardzo dobrego, smutnawego „Morphine” budową kojarzy mi się trochę z „Mother” Danziga, ale po paru minutach podobieństwa się kończą.

Brakuje mi tu zapadających w pamięć melodii, chwytliwości. Black River postawili na prostszy przekaz niż na jedynce. Zrezygnowali z klawiszy i dęciaków. Tylko gitary, perkusja, wokale, w tym chórek gości w „Jumping Queeny Flash”. Wyczuwalne jest, że muzycy nie starali się kombinować w studiu i raczej nie tylko dlatego, że Orion i Daray mają mnóstwo zajęć w Behemoth i Dimmu Borgir. Najwyraźniej zależało im na nagraniu szczerego, dynamicznego, bezpośredniego albumu, na którym będzie i coś do zabawy, i coś poważniejszego. Trochę rockandrollowego luzu w połączeniu z refleksjami o życiu i o pewnych typach ludzi. Poza wspomnianą krzyżówką coverów brak numerów zapadających w pamięć, jak choćby „Punky Blonde” i „Silence” z debiutu. Paradoksalnie, mimo większej bezpośredniości, tej płyty trzeba posłuchać więcej razy niż pierwszej, aby „zażarło”. I zdecydowanie warto to robić.

Kategorie:Muzyka Tags:
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: