Strona główna > Film, Muzyka, People > Happy birthday Boss!

Happy birthday Boss!

bossPrzetrwał wszystkie mody, trendy, cały czas przyciąga na koncerty tłumy, a każda jego nowa produkcja slupia na sobie uwagę wszystkich prestiżowych mediów i największych recenzentów. Zawsze skromny, pomimo kolosalnego sukcesu, jaki odniósł, zawsze idący swoją ścieżką. Szczery w tym, co robi, aktywnie działający charytatywnie, aczkolwiek robiący to poza czujnym okiem paparazzi i kamer. Bruce Springsteen, bo o nim te krótki opis, skończył 23 września 60 lat. I wciąż jest w znakomitej formie, czego dowodzi choćby ostatni album „Working On A Dream”, którego słuchanie to prawdziwa przyjemność. Moje pierwsze spotkanie z muzyką Bossa nastąpiło kilka dziesięcioleci temu. Nie, nie była to kosmicznie popularna płyta „Born In The USA”, lecz wyciszona, ascetyczna „Nebraska”. Smutnia niebotycznie, wzruszjąca siłą przekazu, prostotą. Do dziś to moja ulubiona pozycja w dyskografii Bruce’a, choć cenię również wcześniejsze (kapitalna „Born To Run”), jak i późniejsze produkcje. O Bossie napisano niejeden opasły wolumin i pewnie powstaną kolejne. Jeśli czegoś żal to tego, że nikt w ostatnich latach nie wpadł na to, aby Springsteena zaprosić do Polski. Sądząc po internetowych migawkach z YouTube’a, uczta byłaby wyśmienita, a wrażenia niezapomniane. Dobrze, że są w Polsce prawdziwi fani Bossa, zrzeszeni pod szyldem Blood Brothers, dzięki którym wiemy dużo o jego działalności artystycznej i nie tylko. Polecam odwiedzać witrynę fan clubu i przyjrzeć się wpisowi z lipca🙂. I chwała Trójce, która odpowiednio uczciła tego wybitnego artystę. Sam też nie omieszkam zatopić się po raz n-ty w pięknie „Nebraski”.

baronessMuzycznych spotkań pierwszego stopnia szykuje się kilka. Może ściślej – parę już się odbyło, ale z racji obowiązków recenzenckich będzie trzeba je ponowić. Dobrze po kilku przesłuchaniach rokuje Baroness „Blue Record”. Lekko przybrudzone brzmienie gitar, trochę agresji, trochę dźwięków pływających w przestrzeni. Żałuję, że ominęło mnie doświadczenie klasy zespołu na żywo, a z wiarygodnych źródeł wiem, że koncert we Wrocławiu był znakomity. Pierwsze wrażenia po obcowaniu z „Blue Record” były miłe niezmiernie, więc z radością powrócę do tego materiału.

kissKilka szans dostali już ode mnie ci, którzy (obok paru innych) odpowiedzialni są za to, że pokochałem hard rocka – Kiss. „Sonic Boom” spogląda tęsknym okiem na wspaniałe lata 70., gdy Kiss mieli świat u swoich stóp. Niektórzy nazwę interpretowali jako Knights In Satan’s Service, lecz o wiele bardziej właściwe jest rozwijanie czterech liter w Keep It Simple Stupid. Bo muzyka nowojorczyków była prosta, chwytliwa, bezpretensjonalna. Nikt z nich nie chciał zbawiać świata, lecz sprawiać, aby się dobrze bawił. Wtedy bawił się świetnie, a muzycy liczyli szybko pojawiające się na kontach miliony i w zawrotnym tempie musieli znajdować na ścianach w swoich domach miejsce na złote i platynowe płyty. A nazbierali ich w USA więcej niż Beatlesi. Ace Frehley ma wiele racji mówiąc, że „Sonic Boom” brzmi jak z Kiss lat 70. i najlepszych momentów z kolejnej dekady. To na pewno nie przypadek (bo w karierze Kiss takowych za wiele nie było), że okładkę albumu zaprojektował Michael Doret, ten sam, który stworzył oprawę graficzną znakomitej „Rock And Roll Over”. Paul Stanley, który od samego początku najmocniej trzymał zespół w kupie, stworzył przekonujące retrobrzmienie. Gitary są „przymulone” w stylu sprzed 30 lat. Ale jest jeden problem – nie ma hitów na miarę „Hard Luck Woman”, „Mr. Speed” czy „Calling Dr. Love”. Przyjamniej po tych paru przesłuchaniach ich nie słyszę. Są jednak dobre rockowe piosenki, proste, o tych samych sprawach co zawsze, zbudowane, jak to u Kiss na tę samą modłę. Paul i Gene pozwolili nawet zaśpiewać Ericowi Singerowi i Tommy’emu Thayerowi. Przy całym szacunku to dwóch ostatnich, żaden z nich nie ma tego „czuja”, co Peter Criss, Eric Carr i Ace. Jak wyjątkowy konglomerat osobowościowy tworzyli PS, GS, PC i AF widać na materiałach archiwalnych z boxu „Kissology”. Nie bez powodu gros koncertowego repertuaru Kiss do dziś stanowią numery z lat 70. Ale nie żebym nie doceniał późniejszego dorobku. Mam wielką radochę słuchając po latach „Revenge” czy „Psycho Circus”, nie wspominając o „Animalize”, która obok „Destroyer”, „Alive II” i solowego Ace’a, była jedną z tych płyt, które sprawiły, że mały grzeczny Leś, grzecznym stopniowo być przestał…

mumJako podkład do czynności poszukiwawczo-pisarskich służył mi wczoraj islandzki Mum i jego płyta „Sing Along To Songs You Don’t Know”. Piękna, liryczna muzyka, poruszająca, zachwycająca swoją delikatnością, wspaniałym dźwiękowym pejzażem. Coś jest w tym skandynawskim kraju, że powstaje tam tak piękna muzyka. Do tego materiału z pewnością powrócę jeszcze niejednokrotnie. Zwłaszcza, że jesień to idealna pora na takie rozmarzone granie.

GialloWracać z pewnością nie będę do „Giallo”, nowego filmu Dario Argento. Mistrz kiedyś potrafił mnie pięknie nastraszyć, omotać znakomicie współgrającą muzyką Goblina, stworzyć misternie przerażającą historię, która wysusza gardło w piątej minucie i utrzymuje je w tym stanie do końca. „Suspiria”, „Opera”, „Inferno”, „Profondo Rosso”, to arcydzieła kina grozy. „Giallo” jest płyciutkie, przewidywalne do bólu, serwuje ograne patenty z licznych filmów o seryjnych mordercach. Adrien Brody i Emmanuelle Seigner nie zachwycają. Broni się muzyka (Marco Verba) i tytułowy bohater, grany przez nieznanego mi bliżej Byrona Deidrę. Kreatura faktycznie obrzydliwa i niemożliwością jest przejść obok tej roli obojętnie. Co wrażliwsi będą zamykać oczy widząc tę pożółkłą, zdeformowaną gębę. Ale gust do kobiet facet ma niezły. „Kolekcjonuje” je w celu wymyślnego oszpecenia, co ma związek z traumą z dzieciństwa. Traumę przeżywa również inspektor grany przez Brody’ego. Summa summarum – mało strachu, kiepskawa akcja, dobra muzyka i sporo pięknych niewiast na ekranie (Madame Polańska też trzyma się świetnie).  Mistrz nie popełnił scenariusza, ale nie wiem, co go podkusiło, aby tę płyciznę wyreżyserować…

tarantino„Inglorious Basterds” podobali się o wiele bardziej, aczkolwiek na kolana nie padłem, jak miliony na świecie i dwaj funfle, z którymi byłem w kinie. Ogląda się jednak świetnie, nie wiadomo, kiedy mijają te 2 godziny i 20 minut, zaś Christoph Waltz jako pułkownik to mistrzostwo świata. Kandydat do Oscara, wg mnie. Brad Pitt mówiący po włosku to również coś wartego zobaczenia. Fajnie skonstruowana historia. Tarantino potrafi pisać scenariusze, jak mało kto we współczesnym kinie. Jest śmiesznie i strasznie, czyli jak zwykle u niego.

aicAlicja W Okowach zajmie mnie teraz na kilkadziesiąt godzin. Znajomi, którzy słyszeli materiał, pieją z zachwytu. Brzmienie pewnie jest świetne, bo odpowiada za nie wielki spec -Nick Raskulinecz. AIC lubiłem kiedyś bardzo i nie sądziłem, że po śmierci Layne’a Staleya znów się zejdą. William DuVal to dobry wokalista, imitujący świetnie manierę swego wielkiego poprzednika, co udowodnił na koncercie w Spodku, porażkowym pod względem frekwencyjnym. Teraz ponoć się rozwinął i poraża swoim talentem. Za kilka miesięcy AIC zagrają w klubie i założę się, iż Stodoła będzie pękać w szwach. Obowiązki recenzenckie najpiew, więc Dysrhythmia jeszcze będzie musiała chwilkę poczekać na bliższe rendez vous z moimi uszami. Ale nie może być inaczej, skoro pianie z zachwytu dotyczy też nowego krążka Pearl Jam, który będzie po Alicji. Ot taki sentymentalny powrót Seattle na słuchawki…

  1. Brak komentarzy.
  1. 04/10/2009 o 11:08 am

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: