Strona główna > Film, Muzyka, People, Show-biznes > Juliette Lewis – „Terra Incognita”

Juliette Lewis – „Terra Incognita”

julietteSpotkania z filmowymi wcieleniami Juliette Lewis zawsze były dla mnie interesujące. Muzyczne oblicze niezapomnianej Mallory Knox z „Urodzonych morderców” początkowo traktowałem niczym chwilową odskocznię gwiazdy od głównego zajęcia, które przyniosło jej zasłużoną sławę. Czas, by powoli zacząć przygotowywać się na to, że i na tym polu charyzmatyczna Amerykanka będzie pozytywnie zaskakiwać.

Płyty nagrane przez Juliette z grupą The Licks nie były jakimś wyjątkowym pokazem umiejętności aktorki i zespołu. Inspirowana rockiem, punkiem i alternatywą muzyka, miała jednak ten wyjątkowo mocny ładunek szczerych emocji, który musi, jeśli nie przekonywać, to przynajmniej na jakiś czas przykuwać uwagę. Szczególnie udawało się to na niezwykle energetycznych koncertach, podczas których Lewis zdobywała serca widzów swoją sceniczną charyzmą i niebywałą energią oraz szaleństwem. The Licks zakończyli jednak swój żywot, ale Juliette nie zamierza rezygnować z muzykowania. I dobrze. Bo najwyraźniej ma coś do powiedzenia i posiada również odwagę, by robić to w mało komercyjny sposób. Do współpracy nad pierwszą płytą sygnowaną własnym imieniem i nazwiskiem Amerykanka wybrała Omara Rodrigueza Lopeza z The Mars Volta. I był to strzał w dziesiątkę. Połączenie kompozytorskiego szaleństwa i szalonej osobowości dało efekt może nie powalający, lecz z pewnością ciekawy, zasługujący choćby na odrobinę uwagi. Omar zrobił coś frapującego. Wsadził Juliette do muzycznego wehikułu czasu, który zabrał ją ponad 40 lat wstecz, do czasów „lata miłości”, psychodelii, pokręconych dźwięków, ładnych melodii, brudnych dźwięków i skutecznie przekonał aktorkę, że wśród tej podsianej narkotyczną mgiełką mieszaniny znakomicie się odnajdzie. I odnalazła się całkiem nieźle. Różnorodność osobowości najwyraźniej nie ogranicza się tylko do postaci kreowanych przez Lewis w filmach. Na „Terra Incognita” Juliette to jakby połączenie porażającej energii Janis Joplin, chwilami (rzadszymi) słodkości w stylu Grace Slick oraz balladowej stylistyki ze skrzyżowania twórczości Boba Dylana czy Velvet Underground z dość mocno wysuniętą, dudniącą perkusją. To wszystko fruwa w psychodelicznej, kosmicznej mgle, przetykanej klawiszami, czasem słyszymy mocniejszą gitarę. Muzyka to mało komercyjna i nie od razu zapadająca w pamięć. Na dobrą sprawę z czystym sumieniem do promowania nadaje się miła dla ucha, króciutka piosenka „Uh Huh”, zaśpiewana przez Juliette wesołym, pogodnym głosem. Nie ma tu też niczego odkrywczego, ale jest ciekawe retro granie podlane sosem współczesnej technologii studyjnej. Całość naprawdę miło smakuje. A ta baśniowo-narkotyczno-kowbojska estetyka oprawy graficznej każe zastanawiać się, czy mamy tu do czynienia z kimś nie do końca twardo stąpającym po ziemi. Odpowiedź jest krótka i zwięzła – mamy. Ale takich fajnych wariatów warto poznawać, bo dzięki nim przygoda z muzyką bywa ciekawsza. Czekam na następny krok Juliette. Z kimkolwiek go postawi. Szkoda, że nie zobaczyłem jej w Polsce, ale wierzę, iż jeszcze będę miał okazję, bo ponoć na Woodstocku bardzo się Juliette podobało.

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: