Strona główna > Literatura, Muzyka, People > Inaczej niż w raju…

Inaczej niż w raju…

p_lostWreszcie, po sporej żonglerce czasem, udało mi się posłuchać dokładnie Paradise Lost „Faith Divides Us – Death Unites Us”. Pacjent rokuje nieźle. Słychać, że Anglicy są blisko zatoczenia koła swojej historii i dotarło do nich, że nie wolno zapominać o tym, co było przed laty. Dlatego z Jensem Bögrenem postarali się o dość surowe brzmienie, ewidentnie wskazujące na to, że myśleli o albumach z okresu od „One Second” w dół. W dół, czyli do czasów, w których zbudowali sobie pokaźną bazę fanów i odnieśli niemały przecież sukces komercyjny. Na pewno największy spośród zespołów doomowych, startujących pod koniec lat 80. Greg Mackintosh, główny kompozytor PL, miał głowę pełną pomysłów, głównie dobrych. Te jego proste, pokręcone solówki znowu brzmią odpowiednio choro, złowrogo. A „The Rise Of Denial”, ten fragment, gdy zostajemy na chwilę sam na sam z gitarą Grega, przypomina dawne, wspaniałe czasy zespołu. Żeby nie zrażać tych, którzy polubili albumy wydane po „Host” muzycy zamieścili też kilka lżejszych, melodyjnych utworów, choć teraz ubranych w brudniejsze, odważyłbym się napisać, lekko garażowe brzmienie. Jest trochę tak, jakby Paradise Lost zrezygnował z podróży nowoczesnym samochodem o wymyślnej karoserii, w zamian przesiadając się do starszego, markowego pojazdu, ot choćby forda mustanga, wyposażonego jednak w kilka nowoczesnych narzędzi. Jazda czymś takim to nie tylko przeżycie estetyczne, lecz również duchowe, a przy okazji, dzięki owym nowinkom, dająca dodatkowy komfort i bezpieczeństwo. Nie jest tak klinicznie mocno i słodkawo, jak na „In Requiem”, ale jest całkiem dobrze. PL dał sygnał starszym fanom, a do tej grupy i ja się zaliczam, że jeszcze nie czas ich przekreślać i że nie zapominają skąd przyszli. Zresztą, chyba nigdy nie zapominali, ale jakoś niekoniecznie nawiązywali do swoich korzeni. Tym razem byli wyraźnie w refleksyjnym nastroju, zadumali się nad tym, że niebawem rozpoczną piątą dekadę życia, że minęło już ponad 20 lat odkąd porazili świat kapitalnym doom metalem. Nie sądzę, aby przyznali się, że tak faktycznie było, bo artyście nie wypada za często spoglądać za siebie, lecz muzyka mówi za siebie, jest to fakt, a z faktami się nie dyskutuje. Wrócę do tej płyty za jakiś miesiąc i zobaczymy, jak wtedy na mnie podziała. „In Requiem” zrobiła początkowo spore wrażenie, lecz gdy wróciłem do niej teraz, jej moc miłego rażenia okazała się być znacznie mniejsza.

insolenceW końcu posłuchałem Insolence, o którym wspominałem kilka razy. Album „Audio War”, który trafił do mnie dzięki Adamowi Śliwakowskiemu, szefowi Metal Shopu, sprawił, że mój mózg zwinął się w połączenie pytajnika z wykrzyknikiem. Pomijam już, że to siódma (!) płyta zespołu, który powstał w 1995 roku! Zgodnie doszliśmy z Adamem do wniosku podczas wspólnego słuchania w jego sklepie, że Insolence to taki wykonawca, który raz sprawia, że szlag człowieka trafia, a kilka minut później zmienia wyraz twarzy na konglomerat podziwu i niedowierzania. Hard core i punk mieszają się z reggae, są skrecze, rapowania, momenty kojarzące się z Lennym Kravitzem i RHCP. Jest bardzo ostro, ale i tanecznie. Całość brzmi płasko, surowo, nie ma powalającej głębi, za to jest niesamowita energia i szczerość. Najwyraźniej panowie wspomagają się czymś zielonym, są wszechstronni i robią wszystko, żeby było ich ciężko skategoryzować. Nie wiem, czy to sztuka, ale to ma szansę się podobać, że sparafrazuję Jokera.

jhbPoza muzyką zatroszczyłem się również o swoją drugą wielką miłość, książki. I to od razu wziąłem dwie porcje. Musiałem się znaleźć w W-wie, aby dopaść „Białą gorączkę” Jacka Hugo-Badera, którą w odcinkach poznałem już w „Dużym Formacie”. Nieprawdopodobne, jak literatura może wciągać i jak skutecznie odizolowywać od całego świata wokół. Ale jeśli wybitny reportażysta wybiera się w samotną podróż łazikiem z Moskwy do Władywostoku, to trudno, będąc osobą ciekawą świata i ludzi, nie zwrócić na to uwagi. Na razie za mną niewiele ponad 50 stron. Staram się czytać powoli, maksymalnie skupiać na treści, aby nie pominąć żadnej ciekawostki, od których się roi. Hipisowski słownik slangu rusko-polskiego czy opisy o formach dorabiania do pensji przez rosyjską drogówkę rozszerzą ślepia chyba nie tylko moje. Nic dziwnego, że książka znika z księgarń, a wydawnictwo Andrzeja Stasiuka ma gwarantowany przebój wydawniczy. Mam nadzieję, że różne gremia docenią Hugo-Badera w jakiś sposób, bo taką literaturę, dającą ogląd innego świata i pozwalającą go zrozumieć należy ze wszech miar promować.

rubinPromować należy również takie pozycje, jak „Rick Rubin In The Studio”. Zwłaszcza wśród branży muzycznej, tych decydentów i producentów, którym się wydaje, że wiedzą wszystko lepiej niż inni, są najmądrzejsi, najwspanialsi. Jake Brown wnikliwie prześledził dokonania Rubina i dołożył niemało starań, aby nieczęsto pojawiającego się w mediach producenta przedstawić jako człowieka i profesjonalistę. O tym drugim sporo mówią płyty, pod którymi jest podpisany. Pierwszego znamy chyba bardziej z opowieści tych, którzy z nim pracowali niż jego samego. Nie wiedziałem na przykład, że Rick medytuje od 14 roku życia, bo takie było zalecenie pediatry. Nie sądziłem również, że producent (jak sam twierdzi) jest mało zaawansowany w obsłudze nowoczesnego sprzętu studyjnego, że nie cierpi nowoczesnych studiów nagraniowych, że jeśli ma czas wolny słucha najczęściej muzyki klasycznej i piosenek z lat 60., że podchodzi do każdego projektu z pozycji fana-profesjonalisty. Wybiera tylko to, w co wierzy, takich artystów, którzy go poruszają. Sukces komercyjny w ogóle go nie interesuje, aczkolwiek ciężko byłoby znaleźć wyprodukowaną przez niego płytę, która sukcesu nie odniosła. Z kilkudziesięciu stron, które już za mną wynika, że Rick przede wszystkim stara się zdobyć zaufanie artysty, próbuje mu nie przeszkadzać, a wkracza dopiero wtedy, gdy słyszy, że coś można zrobić lepiej. I najważniejsza jest przedprodukcja. Według niego, jeśli ten okres przepracuje się najlepiej, w studiu podczas rejestracji jest znacznie łatwiej osiągnąć zamierzony rezultat. Nawet taka postać, jak Rick nie potrafi wskazać, która piosenka może być hitem. „Myślę, że nikt tak naprawdę tego nie potrafi. Dlatego lepiej jest po prostu zrobić coś, co cię ekscytuje”. Dzień zaczyna od siedzenia na słońcu przez kilkanaście minut, nie lubi chodzić na koncerty… Pewnie jeszcze niejedną ciekawostkę poznam. Mam nadzieję, że niebawem pojawi się polskie tłumaczenie. Szkoda, że nie mam doświadczenia w tłumaczeniu książek, ale może jakiś wydawca zwróci się na przykład do Jarka Szubrychta, który takowe posiada. Oby. Z mojej perspektywy to lektura obowiązkowa dla fanów i tych, którzy zawodowo zajmują się produkowaniem. W końcu dotyczy człowieka, który w muzycznym biznesie jest niczym król Midas. I jest wyjątkową osobowością. „Rick sprawił, że znów zacząłem wierzyć w siebie i moją muzykę. A myślałem, że ta wiara odeszła na zawsze” – mówił niedługo przed śmiercią Johnny Cash.

  1. Anita
    30/09/2009 o 6:11 pm

    dziękuję za bardzo ciekawy artykuł. Prosze o info na anitka-1975@o2.pl jesli pojawi sie nowy.

  2. 02/09/2009 o 5:27 am

    a czego mogliśmy się spodziewać po maniakalnym fanie DM?😉

  3. 30/08/2009 o 2:09 pm

    …a moja przygoda z PL zaczęła się od HOSTA. Pamiętam, w akademiku, kolega – długowłosy, ubierający się na czarno płakał… W t-shircie My Dying Bride (jego ulubiony zespół) trzymał w dłoni kasetę z Hostem i powtarzał: co to kurwa jest!🙂

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: