Miało być najpierw o Slayerze, ale jedna wiadomość telewizyjna sprzed kilku chwil zburzyła mój plan. Otóż w Olkuszu próbowano odwołać koncert Peji. Kto chciał? Ano komitet obrony przed sektami. To Peja jest teraz sektą?! Jaką? Wydawało mi się, że trochę się w tym środowisku muzycznym orientuję, ale widzę, iż nie za bardzo. Były poseł najwyraźniej się nudzi i zagubił gdzieś poczucie “misji”. Behemoth w Krakowie też próbował odwołać, lecz na szczeście mu się nie udało. Jakby dalej iść tokiem myślenia szefa komitetu, to zarząd fabryki tworzyw sztucznych mógłby domagać się części tantiem na przykład od Dody za to, że użyła sztucznego tworzywa, by powiększyć obwód w biuście i zażądać, aby zakazano jej występów póki nie zapłaci procentu od wielkości silikonowych wkładek… Nie żebym usprawiedliwiał czyn Peji, bo już pisałem, co o nim myślę, ale żeby sekciarza od razu z niego robić?
Dobra, wystarczy. Trochę mi ulżyło. A Slayer? Slayer dobry jest bardzo. To, że to najlepsza płyta mistrzów w XXI wieku nie mam wątpliwości. Odważyłbym się nawet napisać, że to najlepszy album jaki stworzyli od czasu “Seasons…”. Pobrzmiewają tu echa zagrywek z dawanych, wielkich krążków. Świetny numer tytułowy zaczyna się w stylu “Raining Blood”, a “Unit 731″ kojarzy się z “Necrophobic”. Skojarzeń jest więcej i każdy znający dorobek kwartetu bez problemów je wychwyci. Wrażenie robi “Human Strain”, wolny, mroczny, z delikatną gitarą w tle i z krótką, przerażającą deklamacją Toma Arayi. Parę kawałków niespecjalnie się broni, lecz i tak, jak na zespół, który gra prawie 30 lat, stworzył podwaliny pod thrash metal i zawsze był mu wierny, to “World Painted Blood” musi robić wrażenie. Na mnie zrobił niemałe. Z tej płyty mogą pozostać w pamięci co najmniej trzy kawałki, może nawet cztery. Do tych z czasów od jedynki do “Seasons…” być nie dorastają poziomem, ale też nie odstają od nich tak jaskrawie.
O Maqamie pisałem poprzednio, napisze i teraz, bo wciąż jestem pod wrażeniem ich debiutu “Maqamat”. Okazało się, że na płytcie gra Tomek Krzemiński z Neumy (dzięki Mądry Tomaszu za zauważenie tego faktu), zaś zmasterował całość w Nowym Jorku Kevin Reeves, który ma na koncie nominacje do Grammy. Trudno wyróżnić którąś z piosenek. Najlepiej traktować je niczym kolejne rozdziały jednej opowieści. Nawiasem pisząc, tytuł płyty to z arabskiego zbiór krótkich opowiadań. W tej muzyce jest coś takiego, że od pierwszych dźwięków słuchamy jej, będąc zawieszonymi między ekscytacją a strachem. Mroczne napięcie towarzyszy nam niemal non stop, wyjąwszy krótki fragment z “Opium”. Potęgują je słowa śpiewane przez Haidara (w “Darfur” gościnnie wspomaga go Gutek z Indios Bravos). Nie ma ich wiele, ale niosą w sobie wiele treści. Sztuką jest mówić/śpiewać mało, niemało przy tym mówiąc. Powtarzam – Maqama. Zapamiętajcie tę nazwę koniecznie!
Moje związki z Weezer nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie, ale zawsze miło słuchało się ich płyt. Ta “zielona” podobała mi się bardzo. Rivers Cuomo, jak na absolwenta Harvardu przystało, jest niegłupim kolesiem i wie, jaka powinna być muzyka jego zespołu. Ale jedna uwaga drogi Riversie – nie idź już w kierunku eksperymentów z rapowaniem. Numer z Lil Wayne’em traci przez to wiele. Chris Cornell przekonał się boleśnie, że eksperymenty bez głowy nie opłacają się. Cuomo nie postawił na szczęście na Timbalanda, ale na Jacknife’a Lee i Jermaine’a Dupri, lubego Janet Jackson. Lider Weezer instynkt samozachowawczy ma lepiej rozwinięty niż Cornell i generalnie zaproponował na “Raditude” piosenki, które już gdzieś słyszeliśmy wcześniej. Jeśli nie na płytach zespołu, to w latach 60., 70., 80. Jak zwykle jest chwytliwie, melodyjnie, czasami nieco bardziej rockowo i zadziornie, a nad wszystkim unosi się amerykański luz, optymistyczny klimat, który tylko może pomóc w okresie jesiennych chłodów i słoty. Przy niektórych numerach spokojnie można potańczyć. Cudów nie ma, rozczarowania też nie. Po prostu, jest Weezer jakiego dobrze znamy plus w jednym momencie taki, jakiego lepiej, żebyśmy już nie słyszeli.
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.