Z drugiego planu

Squash Bowels rozsiewa wirusa

Opublikowany w Uncategorized przez leslawdutkowski w dniu listopad 9, 2009

I kolejny odcinek pomocy koleżeńskiej. Tym razem łamów nie użyczam Rahimowi, lecz komuś z zupełnie odmiennej muzycznej sfery. Andy’ego Pakosa znają wszyscy zwolennicy grindcorowego megałomotu. Kiedyś legendarny Damnable, od lat Squash Bowels. Z wytrwałością godną najwyższego podziwu Andy promuje ekstremę w Polsce i na świecie. I, co cieszy, zbiera dobre recenzje. Teraz zapowiada nowe dzieło Squash Bowels. Oto news, który otrzymałem od niego:

sb“Najnowszy krążek Squash Bowels, “Grindvirus”, miał już swoją premierę za Oceanem. Amerykańskie wydanie płyty ujrzało światło dzienne 20 października 2009 nakładem Willowtip Rec.www.willowtip.com
Pierwsze recenzje płyty przeczytać można na myspace zespołu”.

“Kolejna premiera, tym razem europejska, “Grindvirus” zaplanowana została na czwartek 10 grudnia 2009. Wydaniem krążka na Europę zajmie się nasza rodzima Selfmadegod Rec. www.selfmadegod.com
Zamówienia w postaci pre-order składać można pod tym linkiem“.

“Płyty zamówione w formie pre-order wysyłane będą na tydzień przed premierą, już 4 grudnia, czyli prosto pod choinkę :-) . Dodam również iż amerykańskie wydanie płyty dostępne będzie bezpośrednio u zespołu w okolicach 20 listopada. Szczegóły na MySpace “.

Tyle Andy. Od siebie zaś zapowiadam bliższe spotkania z “Psychodancingiem” cz. 2 M. Maleńczuka, Skunk Anansie, Zero 7, Flaming Lips i co tam się jeszcze objawi (mam nadzieję, że Spięty). A i pewnie jakiś nowy, mam nadzieję, że fajny, film uda mi się obejrzeć… Książkowo jest dobrze, za sprawą Krzysztofa Vargi i jego “Nagrobka z lastryko”. Gorąco zachęcam tych, którzy podobnie jak ja o wartościowej literaturze dowiadują się często z opóźnieniem.

Otagowano z:

Postslayerowo i postmaqamowo

Opublikowany w Uncategorized przez leslawdutkowski w dniu listopad 5, 2009

Miało być najpierw o Slayerze, ale jedna wiadomość telewizyjna sprzed kilku chwil zburzyła mój plan. Otóż w Olkuszu próbowano odwołać koncert Peji. Kto chciał? Ano komitet obrony przed sektami. To Peja jest teraz sektą?! Jaką? Wydawało mi się, że trochę się w tym środowisku muzycznym orientuję, ale widzę, iż nie za bardzo. Były poseł najwyraźniej się nudzi i zagubił gdzieś poczucie “misji”. Behemoth w Krakowie też próbował odwołać, lecz na szczeście mu się nie udało. Jakby dalej iść tokiem myślenia szefa komitetu, to zarząd fabryki tworzyw sztucznych mógłby domagać się części tantiem na przykład od Dody za to, że użyła sztucznego tworzywa, by powiększyć obwód w biuście i zażądać, aby zakazano jej występów póki nie zapłaci procentu od wielkości silikonowych wkładek… Nie żebym usprawiedliwiał czyn Peji, bo już pisałem, co o nim myślę, ale żeby sekciarza od razu z niego robić?

slayerDobra, wystarczy. Trochę mi ulżyło. A Slayer? Slayer dobry jest bardzo. To, że to najlepsza płyta mistrzów w XXI wieku nie mam wątpliwości. Odważyłbym się nawet napisać, że to najlepszy album jaki stworzyli od czasu “Seasons…”. Pobrzmiewają tu echa zagrywek z dawanych, wielkich krążków. Świetny numer tytułowy zaczyna się w stylu “Raining Blood”, a “Unit 731″ kojarzy się z “Necrophobic”. Skojarzeń jest więcej i każdy znający dorobek kwartetu bez problemów je wychwyci. Wrażenie robi “Human Strain”, wolny, mroczny, z delikatną gitarą w tle i z krótką, przerażającą deklamacją Toma Arayi. Parę kawałków niespecjalnie się broni, lecz i tak, jak na zespół, który gra prawie 30 lat, stworzył podwaliny pod thrash metal i zawsze był mu wierny, to “World Painted Blood” musi robić wrażenie. Na mnie zrobił niemałe. Z tej płyty mogą pozostać w pamięci co najmniej trzy kawałki, może nawet cztery. Do tych z czasów od jedynki do “Seasons…” być nie dorastają poziomem, ale też nie odstają od nich tak jaskrawie.

maqamaO Maqamie pisałem poprzednio, napisze i teraz, bo wciąż jestem pod wrażeniem ich debiutu “Maqamat”. Okazało się, że na płytcie gra Tomek Krzemiński z Neumy (dzięki Mądry Tomaszu za zauważenie tego faktu), zaś zmasterował całość w Nowym Jorku Kevin Reeves, który ma na koncie nominacje do Grammy. Trudno wyróżnić którąś z piosenek. Najlepiej traktować je niczym kolejne rozdziały jednej opowieści. Nawiasem pisząc, tytuł płyty to z arabskiego zbiór krótkich opowiadań. W tej muzyce jest coś takiego, że od pierwszych dźwięków słuchamy jej, będąc zawieszonymi między ekscytacją a strachem. Mroczne napięcie towarzyszy nam niemal non stop, wyjąwszy krótki fragment z “Opium”. Potęgują je słowa śpiewane przez Haidara (w “Darfur” gościnnie wspomaga go Gutek z Indios Bravos). Nie ma ich wiele, ale niosą w sobie wiele treści. Sztuką jest mówić/śpiewać mało, niemało przy tym mówiąc. Powtarzam – Maqama. Zapamiętajcie tę nazwę koniecznie!

weezerMoje związki z Weezer nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie, ale zawsze miło słuchało się ich płyt. Ta “zielona” podobała mi się bardzo. Rivers Cuomo, jak na absolwenta Harvardu przystało, jest niegłupim kolesiem i wie, jaka powinna być muzyka jego zespołu. Ale jedna uwaga drogi Riversie – nie idź już w kierunku eksperymentów z rapowaniem. Numer z Lil Wayne’em traci przez to wiele. Chris Cornell przekonał się boleśnie, że eksperymenty bez głowy nie opłacają się. Cuomo nie postawił na szczęście na Timbalanda, ale na Jacknife’a Lee i Jermaine’a Dupri, lubego Janet Jackson. Lider Weezer instynkt samozachowawczy ma lepiej rozwinięty niż Cornell i generalnie zaproponował na “Raditude” piosenki, które już gdzieś słyszeliśmy wcześniej. Jeśli nie na płytach zespołu, to w latach 60., 70., 80. Jak zwykle jest chwytliwie, melodyjnie, czasami nieco bardziej rockowo i zadziornie, a nad wszystkim unosi się amerykański luz, optymistyczny klimat, który tylko może pomóc w okresie jesiennych chłodów i słoty. Przy niektórych numerach spokojnie można potańczyć. Cudów nie ma, rozczarowania też nie. Po prostu, jest Weezer jakiego dobrze znamy plus w jednym momencie taki, jakiego lepiej, żebyśmy już nie słyszeli.

Otagowano z:, , ,

Ucho w ucho z mordercą

Opublikowany w film, muzyka, people, show-biznes przez leslawdutkowski w dniu październik 29, 2009

slayerŚwiat pomalowany w kolorze krwi objawił się w końcu moim uszom. Trochę działało mi na nerwy to odsuwanie premiery o kolejne tygodnie, rzekomo z powodu przedłużających się prac nad poligrafią, ale skoro już mam w rękach nowego Slayera, to zapominam o wszystkim i wybaczam im te promocyjno-marketingowe ściemy. Ze Slayerem jest tak, jak z Metallicą i jeszcze paroma innymi wybitnymi zespołami. Gdy zbliża się premiera, wszyscy wstrzymują oddech, z niecierpliwością wielką szperają po sieci, aby natrafić na ujawniony przedpremierowy numer, kolejną informację o płycie, zespole, na wywiad z którymś z muzyków, choć wiadomo przecież na 99 proc., że powie on, iż jest to najwspanialsza rzecz, jaką do tej pory nagrał. Z “World Painted Blood” było o tyle inaczej, że “Psychopathy Red” Slayer grał na koncertach już ładnych parę miesięcy temu, a “Hate Worldwide” objawił się oficjalnie dość sporo przed premierą.

Ostatnio z bliskim kumplem mieliśmy mały dyskurs na temat “Christ Illusion” i tego, co legenda thrash metalu może jeszcze pokazać. Przyjaciel mój stanowczo obstawał przy tezie, że wprawdzie “Christ Illusion” ma wszystko, co składa się na wyjątkowy styl Slayera, odpowiednią moc, szybkie tempa i charakterystyczne darcie Arayowskiego Tomasza, ale nic tak naprawdę po przesłuchaniu nie pozostaje w głowie. Trochę racji w tym jest, choć nie do końca podzielam to zdanie. Ja zamiast promowanego i nagradzanego “Eyes Of The Insane” wolę “Jihad” i “Catatonic”. Natomiast nie za bardzo podoba mi się zbyt duży stopień “zamulenia” gitar. Brak takiego ostrego, czystego  gitarowego cięcia przez uszy, głębokiego, wywracającego mózg do góry nogami. “World Painted Blood” sprawia w pierwszym kontakcie wrażenie znacznie pozytywniejsze niż poprzednik. Przede wszystkim gitary jakoś lepiej młócą. Jest parę fajnych pomysłów, typowo Slayerowych oczywiście. O żadnym zbaczaniu z kursu nie ma mowy. Jeszcze 48 godzin i będę miał (a właściwie musiał mieć, bo deadline’y nie znają listości) wyrobione zdanie.

Deep-Purple_Live-Encounters_sZdanie mam już wyrobione na temat “Live Encounters” Deep Purple. Niestety, nie jest to najlepsza pozycja koncertowa w dorobku legendy. Ian Gillan nie był wówczas w dobrej formie wokalnej i nic nie pomógł niezły dobór utworów i to, że Purple promowali najlepszy z nagranych z następcą Blackmore’a album “Purpendicular”. Świetnie wypadł tak naprawdę tylko Steve Morse. Nawet Jon Lord grał jakoś niezbyt przekonująco. Tak naprawdę to pamiątka tylko dla najwierniejszych fanów, dla tych, którzy tam byli i chcą to zapamiętać.

Jak ja to ostatnio zaczynałem posta? Czy nie jakoś w stylu, że cholernie mnie cieszy, gdy trafia do mnie płyta mało znanego lub nowego wykonawcy, a potem okazuje się, iż jest to coś bezwzględnie wartego uwagi? Chyba coś w tym guście. Będę musiał wypracować jakąś zgrabną i uniwersalną formułkę i robić copy+paste, jeśli fonografia – rodzima bądź światowa – rzuci w moją stronę interesującym tytułem. Tym razem padło na rodzimą. To nic, że toczy mnie wirus i ciężko się myśli/pisze i w ogóle wszystko ciężej przychodzi. Kryzys zdrowia na szczęście nie pozbawia możliwości obcowania ze sztuką. Aż tak wielki kryzys to to nie jest. Gdzie mi tam do kumpla, który chcąc zadbać o tężyznę fizyczną nabawił się zerwania Achillesa i ma z głowy na trzy miesiące bliższy kontakt ze światem. Współczuję szczerze Klimsonie Drogi! Najbardziej tego gipsu do końca uda. Trzymaj się chłopie. Będę Cię wspierał tak często, jak tylko się da. Ale miało być o muzie.

lachowiczJacek Lachowicz dawno pożegnał się ze Ścianką. Szkoda, ale rozumiem, że chciał tworzyć po swojemu, a do koncepcji sopockiej kapeli to nie pasowało. Jacek komponuje naprawdę interesującą muzykę, która nie wiedzieć czemu, jakimiś opłotkami w mediach się porusza. Trochę było o nim słychać, gdy nagrał klip z Anią Dąbrowską, ale płyta “Runo” przeleciała jak meteoryt i rozbiła się szybko, nie zostawiając po sobie zbyt wyraźnego śladu. Szkoda. Może z “Pigs Joys And Organs” będzie inaczej. Życzę tego Lachowiczowi szczerze, bo ten artysta naprawdę potrafi tworzyć interesującą alternatywną muzykę. I słychać, że inspirację czerpie z różnych odcieni alternatywy. Lekkie naleciałości estetyki rodem z 4AD mieszają się z radioheadową elektroniką, sigurrosową zwiewnością, eterycznością, z delikatnie drapieżnymi uderzeniami gitary. Nie jest to materiał, który może wstrząsnąć sceną alternatywną w Polsce, anteny radiowej pewnie też nie zawojuje, bo ktoś musiałby mieć jaja, aby grać Lachowicza tyle razy, aby zapadł ludziom w świadomość. A jakoś nie wydaje mi się, aby w polskich rozgłośniach ogólnopolskich ktoś taki się znalazł. Choć radość sprawiłoby mi wielką, jeśli okazałoby się, iż pomyliłem się całkowicie. Rzecz na poziomie i z pewnością warta uwagi.

maqamaMaqama. Zapamiętajcie tę nazwę. Rockers Publishing zapowiadał to tak umiejętnie, że musiałem poznać tę muzykę. Dobra promocyjna robota. “Maqamat” Maqamy szczęśliwie jest już u mnie. Trochę trwało zanim mogłem zabrać się za słuchanie, ale jak już się udało, to odpadłem po prostu. W klasyfikowaniu to ja dobry nie jestem i w sumie cieszę się z tego. Maqama to sztuka mroczna, tajemnicza, oniryczna, niepokojąca, powstała z mariażu elektroniki o ambientowym zapachu, etnicznej arabskiej muzyki, ciężkiego grania (niech będzie, że to coś pomiędzy postrockiem a postmetalem, Toolem mi też troszkę zalatuje). Znakomicie brzmi ta muzyka i ma nieprawdopodobny klimat. Uprzedzam, że niewesoły, podobnie jak teksty. Jest w tym coś wciągającego, urzekającego. Szczerze pisząc z muzykami Maqamy nigdy wcześniej się nie zetknąłem, a przynajmniej nie jestem tego świadom. Ale od tej pory mam ich na radarze. I obowiązkowo chcę się przekonać, czy są w stanie odtworzyć taki nastrój na żywo. Coś mi podpowiada, że w tym przypadku formuła zwykłego koncertu, czyli czterech kolesi na scenie robiących hałas na instrumentach, może okazać się niewystarczająca. Bez wizualizacji, umiejętnej iluminacji się nie obejdzie… Czekam na wizytę w moim mieście i liczę na to, że Maqamy nie zabraknie na przykład na Off Festivalu. Niezwykle miła niespodzianka. A Rockers ma jeszcze w zanadrzu solowego Spiętego z Lao Che, po którym niemało sobie obiecuję.

evan_and_larryCo, poza lekarstwami, pomaga, gdy łeb zaczyna puchnąć z gorączki, z gardła robi się papier ścierny, zaś nos przemienia się w koryto dla rzeki śpików? Woody Allen! “Jakby nie było” (Whatever Works) to klasyczny Allen bez udziału Allena-aktora. Larry David to w USA naprawdę nie byle kto, ale jak patrzyłem na znakomicie granego przez niego Borisa Yelnikoffa (swoją drogą reżyser ma chyba słabość do tego imienia, bo był już przeca Boris Grushchenko), to miałem wrażenie, iż to Woody, tylko po wyjątkowo karkołomnej operacji plastycznej, która zmieniła go nieco wizualnie, lecz mentalnie nic a nic. Neurotyczny, zgryźliwy, cyniczny, gruboskórny i piekielnie inteligentny malkontent to pewna stała wszystkich najlepszych filmów Allena (książek również). Zwykle sam znakomicie wcielał się tę postać. Larry David tym razem go zastąpił. I to jak! Boki zrywa się przez 3/4 filmu. Znakomita jest młodziutka Evan Rachel Wood jako Melody Saint Anne Celestine. Gwiazda jej ukochanego Marilyn Mansona przygasa, ona zaś aktorsko rozkwita coraz bardziej. Bardzo przekonująca jest grana przez nią głupiutka blondynka z Południa, którą przygarnia Yelnikoff i pełni podobną rolę, jak Harry Higgins w “Pigmalionie” Shawa. Wood wpadła mi w oko w “Królu Kalifornii”, potem świetnie sprawdziła się w “Zapaśniku”. Aż się boję, co pokaże dalej. W Nowym Jorku zdarzają się różne metamorfozy osobowościowe i takowe obserwujemy na filmie. Najbardziej zaskakujące przechodzą rodzice Melody, którzy wpierw są typowymi bogobojnymi redneckami, którym w głowie miłość do ojczyzny, zakładanie rodziny, płodzenie dzieci, zrytualizowane codziennie życie, zaś ciekawość świata, ludzi, kultur dla nich nie istnieje. Obejrzałem “Jakby nie było” dwa razy, wkrótce obejrzę trzeci, bo ten film sprawia, że człowiekowi jest lepiej. Dla mnie to lepszy obraz niż “Vicky Christina Barcelona”, który uważam do dziś za całkiem dobry, a rolę Penelope Cruz za niesamowitą.

My Favourite Colour is…

Opublikowany w film, literatura, muzyka, people przez leslawdutkowski w dniu październik 20, 2009

…Living Colour! Znowu w Polsce! Yeah! I to w moim rodzinnym mieście. Radość wielka będzie 29 stycznia 2010. Zwłaszcza, że będą promować absolutnie znakomity album “The Chair In The Doorway” (w Polsce Mystic Production). Ja po prostu uwielbiam sposób, w jaki ci faceci bawią się konwencjami. Lekko, swobodnie ze zwinnością radzieckiej gimnastyczki sportowej skaczą z rocka w soul, z soulu w funky, pohałasują trochę elektronicznie, rozhulają tanecznym pulsem, pojazzują, rzucą coś w reggae albo, ku zaskoczeniu, zagrają po prostu prostą rockową piosenkę. Corey, Vernon, Doug i Will z upływem czasu nic nie tracą na jakości jako muzycy. Wprost przeciwnie, oni są coraz lepsi. Nie wiem, jak to robią, ale to robią.

 Bardzo mnie do siebie przekonując każdą płytą. To nie jest prosta sprawa, aby startując od takiego arcydzieła, jakim bez wątpienia był “Vivid”, zachować poziom i klasę na następnych produkcjach. Living Colour nigdy nie zawodził. Pamiętam, jak dość mocno mieszano z błotem “Stain”. Tylko niech ci, którzy to robili, pokażą mi zespół, który w tamtym czasie nagrywał takie perełki, jak “Leave It Alone”, “Ignorance Is Bliss” czy “Nothingness”. “Collideoscope” sukcesu nie odniósł, a przecież było na nim kilka fantastycznych numerów – “Holly Roller” czy wzruszająca ballada “Flying”. O kapitalnych coverach AC/DC i The Beatles nawet nie wspominam. Living Colour już od “jedynki” słynęli z doskonałych przeróbek, a najbardziej spośród nich zapadła mi w pamięć ultraszybka wersja “Should I Stay Or Should I Go” The Clash.

Living Ze smutkiem przeczytałem, że “The Chair In The Doorway” w pierwszym tygodniu sprzedał się w USA w niewiele ponad 2 tys. egzemplarzy (nasz Behemoth ponad dwa razy tyle). Świat ewidentnie schodzi na psy. Nie docenić takiego albumu… Trudno mi to pojąć. W tych kilkunastu krótkich piosenkach jest tyle fajnej treści, że trudno się nie zachwycić. Bycie ambitnym nie jest dziś opłacalne. Szczęśliwie Living Colour to doskonali muzycy, którzy wcześniej zarobili na trzeci filar i dziś mogą robić to, co chcą, mając gdzieś mainstream.

 Jednym z milszych wspomnień mojej wywiadowczej kariery na pewno pozostanie rozmowa z Vernonem na kilka tygodni przed koncertem w Stodole. Byłem zszokowany tym, jakie ten facet ma szerokie horyzonty muzyczne. Gdy wymienił jako jednego ze swoich ulubionych gitarzystów gościa z Necrophagist, myślałem że robi sobie ze mnie jaja. Nie robił. Oglądanie go w akcji powinno wejść do programu obowiązkowego w klasach gitary w szkołach muzycznych. Zresztą trójki jego kolegów z LC również. “The Chair In The Doorway” to dla mnie z pewnością ścisła czołówka płyt 2009 roku. Mam nadzieję, graniczącą dość blisko z pewnością, że koncert nowojorczyków będzie w szpicy przedniej moich wydarzeń artystycznych roku następnego.

 Charlie_WinstonDobrze, że w majorsach pozostało kilku, dosłownie, ludzi, którzy znają się na swojej robocie i na muzyce. Rzecz jasna, muszą lansować masę gównianej muzyki, aby słupki sprzedażowe utrzymały się na przyzwoitym poziomie, zachodni właściciel nie dostał piany i nie pozwalniał załogi. Ci kumaci z majorsów wiedzą, kiedy trafia w ich ręce wartościowa muzyka. Jakieś dwa z hakiem miesiące temu, będąc w siedzibie polskiego Warnera poznałem po raz pierwszy twórczość Charliego Winstona. Mariusz Lipiński, człowiek od Warnerowej promocji (bez dwóch zdań jeden z najlepszych w te klocki spośród wszystkich, jakich spotkałem na swej drodze), był tą osobą, która powiedziała mi: “Zwróć uwagę na tego faceta”. Pokazał mi wtedy klip do piosenki “Like A Hobo”. Niechlujnie ubrany koleżka, taka uwspółcześniona wersja Toma Waitsa/Nicka Cave’a/Scotta Walkera z wibrującym głosem trochę a la Anthony Hegarty, zrobił na mnie wrażenie. Ale wiadomo, po jednej piosence trudno kogoś oceniać. Dziś już jestem mądrzejszy, bo album “Hobo” poznałem w całości. I Mariuszowi niech będą dzięki po stokroć!

 Charlie pewnikiem będzie śledzony przeze mnie uważnie, bo talent ma nieprzeciętny, głos przejmujący, zdolności do aranżacji imponujące. Czego to nie ma na jego krążku – fortepian, klawisze, harmonijka, kontrabas, skrzypce, altówka, wiolonczela, puzon, dulcimer, Hammondy, jest i próbka beatboxu. Poza tym oczywiście gitary, bas i perkusja. Sporo, nieprawdaż? Ale całość jest tak zmyślnie pukładana, że nie ma mowy o barokowym przeroście, czy chaosie. Charlie dobrze śpiewa, wiele emocji potrafi przekazać głosem, głównie niestety tych smutnych. Fajnie wychodzą mu skoczne, wręcz taneczne piosenki, a także wolno płynące ballady z towarzyszeniem fortepianu, czy podniosłe piosenki (fenomenalne “Boxes”!). Jest jeszcze jedno – teksty Charliego są o czymś. Prawda, do pośmiania się nie ma w nich za wiele, żal, gorycz, zawód, tęsknota czają się pod każdą niemal linijką, ale nie żyjemy w świecie, który nie rozpieszcza nas radościami, więc taki szczery i prześlicznie podany przekaz powinien trafić do wielu. Tylko trzeba dać Charliemu szansę, więc marsz do sklepów! Straszną przyjemność sprawia mi słuchanie i recenzowanie takich płyt. Mariusz, dzięki raz jeszcze i czekam na kolejne rekomendacje :-)

 yelloCzęść muzyczna trzecia i przedostatnia postu, i kolejne wydawnictwo, które powinno dać wiele radości. W szczególności tym, którzy zatykają uszy, gdy puszczają Lady GaGę, itp. “Touch Yello” szwajcarskiego Yello to ciekawy, wyrafinowany pop z domieszką jazzu, smooth jazzu, tanecznych rytmów, ambitnej elektroniki, ambientu. Niezwykle starannie zaaranżowany przez Borisa Blanka, z udziałem znakomitego jazzmana Tilla Brönnera, który kilka piosenek świetnie ozdobił swoją trąbką, rodaczki Borisa i Dietera Meiera, mało znanej u nas Heidi Happy (wizualnie pani/panna kojarzy mi się trochę z Sherylin Fenn, czyli niezapomnianą Audrey Horne z “Miasteczka Twin Peaks”). Do tańca jest niewiele, do przytulania całkiem sporo. Ale jesień mamy póki co chłodną, więc “Touch Yello” może okazać się całkiem dobrym podkładem.

 voggStało się. Vogg dotrzymał słowa i Decapitated wróci na scenę w 2010 roku. Gitarzysta będzie jedynym oryginalnym członkiem odrodzonego zespołu, bezsprzecznie jednego z najciekawszych deathmetalowych wykonawców w historii gatunku. Covan niestety wciąż walczy o zdrowie, z niewielkimi póki co efektami, Vitka nie ma już z nami, Martin założył rodzinę w USA. Oprócz koncertów ma być również płyta. Zanim doszło do tragedii, która zabrała z tego świata Vitka i przykuła do łóżka Covana, Decapitated mieli podpisane papiery z Nuclear Blast i – o ile pamięć mnie nie zawodzi – materiał na następcę znakomitego “Organic Hallucinosis”… Zwykle do powrotów odnoszę się z rezerwą, ale tym razem czekam niecierpliwie na to, co z tego wyjdzie. Licząc, że wyjdzie wyłącznie coś wyjątkowo dobrego.

 Gdyby nie ten cholerny wypadek Decapitated mógł już być w miejscu, w którym teraz jest Behemoth. Zwłaszcza, że miał znacznie bardziej kreatywnych i lepszych warsztatowo muzyków. Wiadomo, że miejsce Vitka zajmie Austriak Kerim “Krimh” Lechner. Resztę składu Vogg ogłosi pod koniec roku. Dobra wiadomość jest taka, że menedżmentem Decapitated będzie firma Hard Impact Music, w której działa wokalista Kataklysm (i przemiły człowiek) Maurizio Iacono. Gość zna się na tym biznesie, zna się na death metalu, więc od tej strony wszystko powinno się ułożyć, jak trzeba. Mocno trzymam kciuki za Vogga i zespół.

gottland Wpadłem może na mało odkrywczy, ale dający mi wiele radości pomysł – postanowiłem uzupełnić luki w literaturze współczesnej, w której zapuściłem się niemiłosiernie. Aż mi wstyd. Kupowanie zaległych tytułów szybko spowodowało by moje bankructwo, ale na moje szczęście okazało się, że moja osiedlowa biblioteka jest skarbnicą współczesnej polskiej książki. Na pierwszy ogień poszedł nagradzany wielokrotnie “Gottland” Mariusza Szczygła. Jeszcze kilka stron do końca zostało, ale od mniej więcej 10 wiedziałem, że to pozycja wybitna. Warto przeczytać, bo dotyczy Czech/Czechosłowacji, czyli terenów bardzo blisko Polski położonych. Historia firmy Bata jest po prostu niesamowita, podobnie Lidy Baarovej, kochanki Goebelsa. Gorąco polecam.

 saffronRównie gorąco polecam obraz “Shrink”, u nas wyświetlany pod kretyńskim tytułem “Całe życie z wariatami”. Myślę, że lepiej sprawdziło by się bardziej dosłowne tłumaczenie, bo “shrink” to w USA psychoterapeuta, po prostu. Kevin Spacey w roli głównej, mistrzowski jak zawsze. Jest sporo do śmiechu, takiego szczerego, głębokiego, i takiego przez łzy. Fajnie, i chyba wielce wiarygodnie, pokazany jest światek filmowy. Mało, ale za to konkretnie, gra Robin Williams, który nie chce się przyznać, że ma problemy z alkoholem. No i śliczna w takim starym dobrym stylu Saffron Burrows (choć śliczniej wyglądała w “Angielskiej robocie”).

 mahacekA jak ktoś chce więcej śmiechu, to trzeba obejrzeć “Do Czech razy sztuka”. Jiri Machacek, i wszystko jasne :) Ten aktor jest stworzony do takich ról. Końcówka może nie do końca wyszła Janowi Hrebejkowi, ale generalnie ocena jest co najmniej dobra. Czemu u nas nie potrafią zrobić takiego filmu?! Za naszą południową granicą mam wrażenie, że obrazów na tym poziomie powstaje kilka rocznie. U nas trafi się jeden na kilka lub więcej lat. No, ale jak pakuje się pieniążki na durne seriale i jeszcze durniejsze tak zwane komedie, do obsady dodaje niekoniecznie tych, co umieją grać, lecz koniecznie takich, których jedyna zaleta, to ładniutki wizerunek, to nie ma co się dziwić, że Czesi pod względem filmowym od lat biją nas na głowę…

Szacunek dla Pani Baronowej

Opublikowany w film, literatura, muzyka, people przez leslawdutkowski w dniu październik 10, 2009

baronessAleż mam radochę, gdy niespodziewanie trafia do moich rąk płyta niezbyt znanego wykonawcy, która zaskakuje mnie bardzo pozytywnie. A radocha w smętne, jesienne dni to coś niezwykle cennego. Żeby jednak nie popadać w nadmierną poetyckość napiszę, że “Blue Record” Baroness (w Polsce Rockers Publishing) to fantastyczna muzyczna podróż przez barwną krainę, pełną wielu ciekawych dźwięków. Dźwięków, które zadowolić mogą zarówno tych, którzy cenią Mastodon, Isis, Neurosis, jak i tych, którzy nie mają nic przeciwko temu, żeby do takiego grania dodawać przyprawy sprzed dziesięcioleci. Może to być coś z lekka psychodelicznego, kojącego akustyczną formą, ale może to być odrobina klasycznego heavy metalu, melodyjnego, z gitarami tnącymi ładne solówki niczym u Iron Maiden. Baroness nie rezygnuje przy tym z brzmienia, które lokuje je wśród kapel związanych z undergroundem, niezależnością, choć myślę, że taki stan rzeczy nie potrwa długo. Z pewnością nie jestem jedynym, który dostrzega potencjał tkwiący w tym zespole, jego nieposkromioną wyobraźnię i odwagę do klejenia ciekawych muzycznych kolaży. To, że w Baroness jest utalentowany malarz (w USA zapowiedziano niedawno wystawy prac Johna Bayizleya) może być cenne. Malarze, dobrzy malarze, muszą mieć rozwiniętą ponadprzeciętnie wyobraźnię i nie mogą bać się uzewnętrzniać pomysłów, które rodzą się w ich głowach. Bayiley na pewno się nie boi. Na płotnie i na  gitarze wypada przekonująco. Myślę, i mam wielką nadzieję, że “Blue Record” przeniesie Baroness na nieco wyższy poziom zauważenia i docenienia. Trasa z Mastodon byłaby dla nich idealnym rozwiązaniem. A jakież byłyby doznania fanów z podziwania takich wykonawców… Aż strach się bać.

immortalDo Dysrhythmii wciąż nie mogę się dokopać, bo wyskakują co raz to nowe, ważne premiery. Ważne dla różnych gatunków. Immortal nie wydawał przez kilka lat, a jak już Norwegowie zdecydowali się na powrót, to nic dziwnego, że zrobił się wokół tego wielki szum i poszły nakłady na promocję. I to niemałe. Nuclear Blast po sukcesie Behemoth chyba chce wypromować maksymalnie najostrzejszych wykonawców ze swojego katalogu. Ale na płytę Dimmu Borgir, jedną z głównych dojnych krów firmy, przyjdzie jeszcze poczekać, zaś “All Shall Fall” Immortal nie ma żadnych szans w starciu z “Evangelion”. Inna liga, po prostu. Fakt, płyta brzmi bardzo dobrze, jest to black metal na poziomie. Peter Tagtgren zna się na swojej robocie i jemu trudno byłoby cokolwiek zarzucić. Tylko, że jak słuchałem tych kilku kawałków wrażenie miałem nieodparte, że zmartwychwstał Bathory i nagrał materiał w nowoczesnym studiu. Wydaje mi się, że clou całej zabawy w muzykę polega na tym, żeby znaleźć swoją ścieżkę i podążać ją aż do znalezienia własnego języka, czegoś wyjątkowego, charakterystycznego. Aby dojść do takiego momentu, w którym słuchający po najdalej minucie nie ma żadnych wątpliwości, że obcuje z płytą na przykład Immortal. To nic, że słucha się tego naprawdę dobrze, nie odrzuca od słuchawek/głośników. Słuchając “All Shall Fall” cały czas myślałem o Bathory, nie zaś o Immortal. A tak raczej być nie powinno. Dobry black metal, lecz niestety niezwykle wtórny. Jeśli są tacy, którzy z Bathory nie mieli styczności, mają szanse zakochać się w “All Shall Fall”. Starsi fani pewnie zakończą przygodę z tym albumem po kilku przesłuchaniach. Bo po co poświęcać czas na klona skoro można sięgnąć choćby po “Blood Fire Death” i szczerze się zachwycić?

cialdiniWiem, że ostatnio tylko o muzyce bazgram wirtualnie, ale oczywiście książki i filmy są u mnie cały czas obecne. Popełniłem coś, czego do tej pory starałem się unikać i zacząłem czytać trzy książki na raz. “Białą gorączkę”, bardzo umiejętnie i spokojnie dawkowaną, skończę niebawem. Podobnie będzie z biografią Ricka Rubina. Ale pewna mądra osoba poleciła mi, abym zmierzył się z “Wywieraniem wpływu na ludzi” Roberta Cialdiniego. I wielkie dzięki za to panie Marcinie. Faktycznie, z upływem stron rośnie w człowieku świadomość tego, co sprawia, że reklamy mają na nas wpływ, czemu nie obejdzie się bez reklamy z pociągającymi paniami. Mnie zaciekawił w książce wątek klakierów. Przyznam, że nie wiedziałem, że kiedyś był to bardzo poszukiwany i ceniony zawód, zwłaszcza we Włoszech. Klakierzy mieli oficjalne stawki za swoje usługi. Najtańsze były okrzyki aprobaty podczas przedstawienia, zaś najwięcej trzeba było im płacić za bisy. Oglądając różne spędy telewizyjne nie mogę wyjść z podziwu, jak to się stało, że na taką chałę przyszło tylu ludzi?! I jak to możliwe, że owa chała im się podoba?! Zastanawiam się po lekuturze ponad połowy książki Cialdiniego, czy ktoś, kto wcześniej zapoznał się z tym arcydziełem, nie wpadł na pomysł, aby uatrakcyjnić “widowisko” poprzez klakę. I jakie są teraz stawki? A może ja się nie znam, wyobraźnia mnie zawodzi, jestem zbyt prosty na pojęcie niuansów tej wysublimowanej sztuki? Mniejsza o to. Nawet jeśli oglądająca chałę widownia robi to z przekonania i jest pewna, że obcuje z ciekawą sztuką, to może niechcący podsunąłem komuś pomysł na biznes? Zawsze lepiej wyglądają w telewizorze prawdziwe oklaski i okrzyki niż puszczane “z puszki”. O czym zresztą też Cialdini pisze. Ech, czemu doba ma tylko 24 godziny… A tu jeszcze trzeba z nowym Kultem się zmierzyć. A potem z Charliem Winstonem i Yello, i Living Colour… Będzie miło i ciekawie.

districtŻeby zadość uczynić wszystkim tagom mego bloga, wypada wystukać kilka słów o filmie. O dwóch filmach. “Dystrykt 9″ jest miłym rozczarowaniem. Wydawało mi się, że jestem już za stary, aby “kupić” film o kosmitach, ale okazuje się, iż jednak nie. Peter Jackson produkował i na tym kończą się znane nazwiska tej produkcji. Prym wiodą aktorzy z RPA. Akcja rozgrywa się w Johanesburgu i trzyma w napięciu. Jest trochę słodu pod koniec, ale nie na tyle, aby zrobiło nam się niedobrze. Efekty specjalne imponujące i w odpowiedniej dawce. Naprawdę polecam.

gandolfini“Metro strachu” z kolei to film, który można obejrzeć, gdy nie ma się pod ręką czegoś lepszego albo potrzebny jest obraz, przy którym nie trzeba za wiele myśleć. Obsada świetna – Travolta, Washington, Gandolfini, Turturro, Guzman (Pachanga z “Życia Carlita”), ale – jak to piszą krytycy filmowi – nawet największe gwiazdy nie ominą płycizn scenariusza. Akcja dzieje się dość szybko, na rozwiązanie wpada się mniej więcej w pierwszej połowie, a resztą spokojnie karmimy wzrok. Końcówka niedopracowana za bardzo, no chyba, że w kontrakcie jest mowa o części drugiej, ale byłbym zdziwiony, gdyby tak było. Travolta jako zły bohater jest do przyjęcia, choć nie zachwyca. Denzel W. na swoim normalnym, wysokim poziomie. Tony Scott robił dużo lepsze filmy w swojej karierze. James Gandolfini jako burmistrz chyba wypada najciekawiej z całej obsady. Trochę pościgów, wybuchów, huku mknącego metra i ładnych ujęć NYC.

Mroczny rock and roll

Opublikowany w muzyka przez leslawdutkowski w dniu październik 2, 2009

I obiecana recenzja Black River. Jako, że coś nie może się doczekać publikacji w medium o większej sile rażenia niż mój blog, zamieszczę ją u siebie, aby zaspokoić swoją próżność, a może i parę osób ucieszyć :)

black_riverBLACK RIVER – “Black’N'Roll”

Black River konsekwentnie podążają drogą wytyczoną na debiucie, delikatnie oczyszczając ją z rzeczy niepotrzebnych. I dobrze na tym wychodzą.

Tytuł dobrze oddaje zawartość płyty. Jest tu energetyczne, hardrockowe granie w rockandrollowym klimacie, ze stonerowym brudem gitar, ale nie jest to jedynie frywolna, zabawowa muzyka, bo w tekstach sporo jest mroczniejszych barw. Co nie znaczy, że Black River nie potrafią pisać bezpretensjonalnych, weselszych piosenek, nadających się na imprezę w gronie wyznawców rocka, czy szaleństwo podczas koncertów (choćby “Lucky In Hell”, tytułowy, “Like A Bitch”). Chwilami unosi się atmosfera zadymionej knajpy pełnej rockandrollowców sączących whisky, lecz nie brak utworów o poważnym wydźwięku, bardziej do refleksji niż do hulanek (wolny, ciężki, mocno stonerowy “Breaking The Wall”). Udało się Black River zgrabnie połączyć dwa klasyki – “God Save The Queen” i “Jumpin’ Jack Flash” w jeden numer “Jumping Queeny Flash”. Początek bardzo dobrego, smutnawego “Morphine” budową kojarzy mi się trochę z “Mother” Danziga, ale po paru minutach podobieństwa się kończą.

Brakuje mi tu zapadających w pamięć melodii, chwytliwości. Black River postawili na prostszy przekaz niż na jedynce. Zrezygnowali z klawiszy i dęciaków. Tylko gitary, perkusja, wokale, w tym chórek gości w “Jumping Queeny Flash”. Wyczuwalne jest, że muzycy nie starali się kombinować w studiu i raczej nie tylko dlatego, że Orion i Daray mają mnóstwo zajęć w Behemoth i Dimmu Borgir. Najwyraźniej zależało im na nagraniu szczerego, dynamicznego, bezpośredniego albumu, na którym będzie i coś do zabawy, i coś poważniejszego. Trochę rockandrollowego luzu w połączeniu z refleksjami o życiu i o pewnych typach ludzi. Poza wspomnianą krzyżówką coverów brak numerów zapadających w pamięć, jak choćby “Punky Blonde” i “Silence” z debiutu. Paradoksalnie, mimo większej bezpośredniości, tej płyty trzeba posłuchać więcej razy niż pierwszej, aby “zażarło”. I zdecydowanie warto to robić.

Otagowano z:

Rahim z wódeczką i panienkami za 5 zł

Opublikowany w muzyka, people przez leslawdutkowski w dniu październik 2, 2009

I po raz kolejny dziś w ramach wspierania działań Rahima i MaxFlo Records, zamieszczam świeżutką informację od niego. Oto treść (fotkę poniżej wykonał Radek Wojnar):

Artysta nie powinien bać się wyzwań. Ta zasada przyświeca Rahimowi, który z chęcią próbuje swoich sił w innych dziedzinach niż rap i produkcja bitów. Tym razem zobaczycie go w roli filmowej u boku tak uznanych postaci polskiego kina, jak Ewa Ziętek, Barbara Bursztynowicz i Misiek Koterski. Film jest niezależną etiudą filmową w reżyserii Xawerego Tatarkiewicza, autora wideoklipów do utworów “Za szybcy się wściekli” Pokahontaz i “Nie1″ Rahima.

Film pod tytułem “Wódeczka i panienki” możecie obejrzeć na stronie http://www.wodeczkaipanienki.com/, płacąc za jego wyświetlenie 5 zł, czym przyczynicie się do bezpośredniego finansowania tej niezależnej produkcji.

Poniżej to co na temat swojej nowej roli ma do powiedzenia sam Rahim:  “Dawno, dawno temu otrzymałem od mojego kolegi reżysera propozycje zagrania w jego etiudzie filmowej. Jestem fanem nowych doświadczeń, wiec się zgodziłem. Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, w co się pakuje. Kiedy poleciały nazwiska takie, jak Koterski, Ziętek czy Bursztynowicz, zacząłem się zastanawiać: »Co ja robię tu?«. Ostatecznie zadebiutowałem w roli rapera samobójcy… Na rzecz filmu skomponowałem też kawałek, który równolegle znajdzie się na mym powstającym solo”.

Nowy utwór możecie sprawdzić oglądając trailer filmu.

rahim2_foto_radek_wojnar

Rahim nadaje z więzienia

Opublikowany w muzyka, people przez leslawdutkowski w dniu październik 2, 2009

Tym razem niewiele mojej treści, ale forma pomocy koleżeńskiej. Kilka lat temu, jeszcze w czasach etatowej pracy w muzycznej redakcji Onetu, dzięki Łukaszowi Wawro poznałem Rahima. Tak, tego z Paktofoniki, Pokahontaz i wielu innych projektów. Świetny facet, na poziomie, jakby na drugim biegunie od pewnego gościa, który ostatnio tak “popisał się” na jednym z koncertów i zamiast wzorem Axla Rose’a sprzed lat 18 samemu wymierzyć “sprawiedliwość”, posłużył się tłumem do linczu. Od tego pierwszego spotkania pozostawałem z Rahimem w kontakcie i ten stan trwa do dziś.
Nieco ponad rok temu Rahim zjawił się w Krakowie, aby promować znakomitą książkę Macieja Pisuka o Paktofonice właśnie. W sali Bunkra Sztuki tłumy ludzi, aż miło było popatrzyć. Szkoda tylko, że do dziś na podstawie książki nie powstał film. Rahim już wtedy miał na swoim koncie (na koncie MaxFlo Records, ściślej pisząc) kilka wydawnictw. Wręczył mi wtedy debiut Lilu (bardzo ciekawa płyta), ponarzekaliśmy na showbiz, media i obiecaliśmy sobie być w kontakcie. Rahim regularnie przesyła mi informacje o tym, co się wokół niego dzieje, co wydaje. Wiem, że trafiają one do mediów i mam nadzieję, że są publikowane. Zamierzam dołożyć swoje kilka groszy pomocy temu facetowi i newsy przesyłane przez niego będę umieszczał również u siebie. Oto najnowszy (fotka dostarczona przez Rahima):

Ekipa MaxFlo w więzieniu!

Prędzej czy później musiało do tego dojść. 23 września 2009 roku ekipa MaxFlo znalazła się za murami zakładu karnego w Głubczycach. Powód? W tym przypadku mógł być tylko jeden. Koncert! I to wyjątkowy koncert, gdyż za mikrofony chwycili 3oda Kru w pełnym składzie (GrubSon, Metrowy, Jot, Bu), Rahim oraz Majkel, a za deckami stanął DJ Bambus.

Inicjatywa zorganizowania takiego koncertu dojrzewała po obu stronach muru. Metrowy, odbywający karę w ZK, przekonał władzę owej placówki, że warto na taki koncert pozwolić. Na zewnątrz GrubSon z przyjaciółmi Metrowego zwołali ekipę, a także zorganizowali transport i nagłośnienie (tu podziękowania dla firmy Intruz która zapewniła blisko tysiąc watów mocy).

Godzinny koncert na dziedzińcu obejrzało ponad stu osadzonych, przyglądając się jak po raz pierwszy od dłuższego czasu za mikrofon łapie Metrowy. Cała impreza przebiegła w sympatycznej i – jak na miejsce w której się odbywała, wyluzowanej atmosferze, a władze ZK pozwoliły także na rejestrację owego koncertu z kamery ustawionej na statywie, dzięki czemu możecie obejrzeć filmik z fragmentami występu.
Sam koncert na całej ekipie zrobił duże wrażenie co trafnie podsumował Majkel: “Miło było zobaczyć uśmiechniętą gębę Metrowego, bo przecież brakuje go tu na zewnątrz, a co do koncertu to klimat był bardzo spoko… Ale wystarczyło podnieść głowę, by widzieć kraty, druty kolczaste i strażników z bronią, a takiego widoku z okna nikomu nie życzę”.

glubczyce

Otagowano z:, ,

Łyżwiarz wie, Dżordżoroth się nie dowie

Opublikowany w muzyka przez leslawdutkowski w dniu wrzesień 30, 2009

Matko, jak można nagrywać tak nudne i bezmyślne płyty, jak “Quantos Possunt ad Satanitatem Trahunt” Gorgoroth?! Nieco ponad 34 minuty nudy z udziałem Franka Watkinsa z Obituary, melanż zrzynek z Bathory, Helhammer i starego Celtic Frost, z pobrzmiewającymi echami Venom z ich najbardziej mrocznych czasów. Szatanowi chyba rogi się prostują z niesmaku, a kozia bródka siwieje. Najwyraźniej “czarna msza” na Krzemionkach to był szczyt ich promocyjnych możliwości, bo muzycznie niewiele mieli i mają do powiedzenia. Zamieszania ze składem, procesy, wyroki… A gdzie w tym wszystkim dobra muza ja się pytam? Infernus zamknął się w skansenie pomysłów rodem sprzed lat przeszło 20 i wychodzić z niego najwyraźniej nie zamierza. Wena poszła na długi urlop, po którym złoży wypowiedzenie. Szczęście, że norweski black metal to nie tylko Gorgoroth. Sto razy bardziej wolę podejście z przymrużeniem oka Fenriza i Nocturno Culto, dziwactwa Mayhem i nieokiełznane wariactwo 1349 niż coś takiego.

Na drugim, światowym nurcie ekstremy jest nasz Behemoth. Ścisła czołówka światowa, bez dwóch zdań. Nie zaliczam się do apologetów Nergala i spółki, ale profesjonalizmu to Gorgoroth mógłby się od nich uczyć zarówno pod kątem nagrywania płyt, jak i występów na żywo. W poniedziałek miałem okazję zderzyć się z niszczącą siłą Behemoth. Takiego widowiska od dawna żaden polski zespół metalowy nie stworzył. Równać z tym może się chyba tylko Kat z bardzo odległych czasów. Behemoth na koncercie gra, jak maszyna, brzmi potężnie, a do tego dochodzą ognie, iskry. I ostatnimi czasy tłumy na koncertach. W klubie Studio zebrało się ich ponad tysiąc. Ryszard Nowak znów próbował zapobiec szerzeniu kultu rogatego, znów bezskutecznie. Był to ekstremalny, metalowy teatr na poziomie światowym w tym gatunku muzycznym. Chwała Nergalowi za to, że nie ustaje w sprzedawaniu swojej muzyki w jak najbardziej widowiskowy sposób. To właśnie dlatego, że wciąż chce więcej i jest konsekwentny, zaszedł tak daleko. Owszem, trochę razi to wyczuwalne “zaprogramowanie” muzyków, brak naturalnej spontaniczności, ale widowisko tworzą przednie. Tak, “Łyżwiarz…” był i parę innych szlagierów też :) ) Tak, Doda pojawiła się za kulisami. I jeszcze raz tak, warto było to zobaczyć, bo jak Behemoth ruszy w trasę po świecie, to nie zobaczymy go w kraju pewnie przez rok z kawałkiem. Fajnie wypadł Black River, Azarath nie zabrzmiał najlepiej, Hermh jakoś do mnie nie trafił.

Baroness znakomity! Polecam gorąco. Muzyka dla tych, którzy mają otwarte głowy i cenią granie z kręgu Mastodon, powiedzmy. Ciekawe kompozycje, dużo zmian klimatu. Słucha się tego przepysznie. W Polsce wydaje Baroness Rockers, więc nie trzeba będzie szperać za granicą. Pełna recenzja na godzinach. Jeśli nic nieprzewidzianego się nie stanie.Gorg

Otagowano z:, , ,

Alicja znowu tu mieszka!

Opublikowany w Uncategorized przez leslawdutkowski w dniu wrzesień 25, 2009

aicPrzyznam szczerze, że nie za bardzo wierzyłem, iż Alice In Chains po kilkunastu latach przerwy i bez Layne’a Staleya mogą stworzyć coś dobrego w studiu. Owszem, William DuVall na koncercie w Spodku udowodnił, że potrafi doskonale naśladować swojego charyzmatycznego poprzednika, niestety mającego problemy z poskładaniem życia do kupy. Ból egzystencjalny Layne wyśpiewywał tak przekonująco, że trudno było nie odnieść wrażenia, iż śpiewał o sobie. Niestety, okazało się, że tak właśnie było, a jego tragiczna śmierć w samotności zszokowała każdego. “Black Gives Way To Blue” to jednak nie prosty recykling pomysłów sprzed lat. To nowe, współczesne oblicze Alicji W Okowach, nad którym niezwykle wyraźnie unosi się duch dawnych czasów ze Staleyem. Przytłaczające, nawiedzone, kręcące, transowe riffy Cantrella robią wrażenie. DuVall dziś już stara się być sobą a nie tylko zdolnym imitatorem. Aczkolwiek na płycie nie ma za wiele jego solowych popisów wokalnych. Rządzi Jerry, masa jest tych charakterystycznych dla AIC chórków. Kilka kompozycji jest po prostu powalających, choćby singlowy “Check My Brain”, akustyczny i balladowy “When The Sun Rose Again”, kontrastujący z nim masywnie ciężki “Acid Bubble”. Napisana w hołdzie Layne’owi tytułowa, delikatna kompozycja nieźle się broni, a gościnnie na fortepianie zagrał w niej Elton John. Z muzyki bije smutek, co nie dziwi, bo część numerów dotyczy Staleya. Całość kapitalnie brzmi, za co należą się brawa Nickowi Raskulineczowi (Foo Fighters, Rush) oraz innemu specowi, odpowiedzialnemu za miksy Terry’emu Date’owi (Pantera, Soundgarden). Jest w tej muzyce świeżość, szczerość, nie ma odcinania kuponów celem wyciągnięcia kilku dolców z kieszeni co bardziej nostalgicznych fanów. To celebracja wspaniałej przeszłości i zarazem prezentacja tego, co Alicja ma do zaproponowania w XXI wieku, po kilkunastoletnim niebycie. Okazuje się, że ma niemało, co dla mnie jest sporym, lecz niezwykle miłym zaskoczeniem, bo AIC obok Soundgarden był moim ulubionym zespołem ery grunge.

Fajnie, że Alicja znów jest z nami, opowiada nam o życiu w stylu, który tak bardzo polubiliśmy przed laty. Chwilami porusza się niczym na ciężkim kacu, przytłoczona trudami życia, snuje się niczym w narkotycznej chmurze, a momentami jest łagodna, sielska, z delikatnym uśmiechem. I zawsze z tym cieniem smutku, który tak bardzo lubimy. Layne, gdziekolwiek jest, z pewnością się cieszy.

black_riverTrwa mierzenie się z kolejną, tym razem polską produkcją. Black River powrócił z drugim wydawnictwem, adekwatnie zatytułowanym “Black’N'Roll”, choć po dwóch przesłuchaniach jak dla mnie jest tu więcej “roll” niż “black”. Dobrze, że taki zespół powstał u nas, że gra taką fajną, bezpretensjonalną muzę, nie wycyzelowaną w studiu, lecz nagraną szybko, od serca, w wesołej atmosferze. Żeby tylko kwintet mógł częściej koncertować… Cieszmy się jednak, że nie jest to efemeryda, lecz zespół, który nagrywa i mimo wszystko od czasu do czasu zagra parę “sztuk”, bo Orion i Daray mają sporo do roboty z Behemoth i Dimmu Borgir. “Black’N'Roll” porusza się w tej samej stylistyce, co debiut, jest dużo energetycznych, rytmicznych rockowych numerów z brudnym brzmieniem, takim stonerowo-sludge’owym trochę. Zabawna jest krzyżówka “God Save The Queen” z “Jumping Jack Flash”, póki co zapadły mi w pamięć również “Too Far Away”, “Morphine” i “Like A Bitch”. Rokowania są niezłe, zaś pełna diagnoza powinna być znana najdalej w niedzielę.