RIP Mick Cocks :((
Fatalna tradycja odchodzenia tuż przed lub w trakcie świąt jest, niestety, kontynuowana. Nie chce mi się liczyć, ilu z wielkich odeszło w tym okresie… Teraz pożegnał nas Mick Cocks, gitarzysta Rose Tattoo. Zabrał go we wtorek, 22 grudnia, rak wątroby. Nie wiem, czy Angry’emu Andersonowi wystarczy siły, aby jeszcze zebrać kolegów i coś nagrać. Chciałbym. Kiedy zapowiedziano kilka lat temu, że Rose Tattoo szykują nową płytę, “Blood Brothers”, bardzo chciałem zrobić z nimi wywiad, a dokładniej z Angrym. Wiedziałem, że to barwna postać, facet mający sporo ciekawego do powiedzenia, grający w filmach, teatrach, parający się programami telewizyjnymi i dokumentami. Angry miał się pojawić po drugiej stronie słuchawki, ale w ostatniej chwili zmieniono mi rozmówcę, właśnie na Micka Cocksa. Nie byłem zachwycony, ale cóż było robić… O jakiejś nieludzkiej porze, typu 9.30, wykręciłem numer na Antypody, gitarzysta odebrał i… okazał się być przemiłym człowiekiem, bardzo oddanym temu, co robi, często się śmiał. Rozmowa trwała chyba z 30 minut i dłużej nie mogła, bo do artysty miał dzwonić kolejny dziennikarz. Na koniec były tradycyjne pozdrowienia i życzenia, abyśmy się kiedyś spotkali podczas koncertu w Polsce. Niestety, już się nie spotkamy. Mick odchodził i wracał do Rose Tattoo. Był jednym z jego założycieli. Jak teraz sobie czytam zapis wywiadu z nim, moją uwagę zwraca jedna wypowiedź: “Wiesz, Rose Tattoo to nie jest taki zwykły zespół [śmiech]. Muzycy przychodzili do zespołu, potem nie było ich w składzie. Ale tak naprawdę nigdy do końca nie odchodzi się z Rose Tattoo. Zawsze pozostajesz jego częścią. Byli i obecni członkowie oraz fani tworzą jedną wielką rodzinę”. Mick zwrócił mi wtedy uwagę, że powinienem sprawdzić zespół Airbourne. Miał wyczucie, bo chłopaki łoją aż miło i słychać w ich muzyce inspiracje AC/DC i Rose Tattoo właśnie.
Zespół z czasem stał się legendą, jego ” Nice Boys Don’t Play Rock’n'Roll” przerobili kiedyś Guns ‘N Roses, z “Remedy” zmierzył się nie tak dawno goszczący w Polsce Tankard. Jego legenda nie dorównuje rodakom z AC/DC, ale miejsce w historii rocka Rose Tattoo ma dawno zapewnione dzięki płytom Rose Tattoo”, “Assault And Battery” i “Scarred For Life” oraz niezapomnianym koncertom. O tym ostatnim niestety nie miałem okazji się przekonać naocznie i nausznie, ale z relacji tych, którzy mieli to szczęście wynika jednoznacznie, że wiele straciłem. RIP Mick ['].
Po sporej przerwie spowodowanej chorobami i wyjazdem, powracam na krótko przed świętami. Moje własne refleksje na temat muzyki i filmów pojawią się zapewne jakoś w trakcie świąt. Dziś po raz kolejny wspieram dobrych znajomych, którzy niestrudzenie promują ciekawe wydarzenia – jedno stricte muzyczne, drugie muzyczno-charytatywne.
Robert Szymański (Sexbomba) donosi, że pod koniec lutego dowodzona przez niego załoga zagra w Łodzi koncert jako support punkowej legendy Anti-Nowhere League. Impreza odbędzie się 27 lutego 2010 (sobota) w klubie Dekompresja ul. Limanowskiego 200, o godz.19:00. Bilety w cenie: 48 zł (przedsprzedaż) i 55 zł (w dniu koncertu). Wystpią:
Anti-Nowhere League – legenda drugiej fali punk rocka z Tunbridge Wells (Wlk. Brytania). Ich utwór “So What” wszedł na stałe do repertuaru Metalliki, a wokalista Animal został zaproszony, aby zaśpiewać wraz z nimi na stadionie Wembley w Londynie. Ich pierwszy album “We Are The League” z 1982 roku należy do kanonu punk rocka.
Peter And The Test Tube Babies- kolejna klasyczna formacja punk rockowa z Peaceheaven (Wlk.Brytania).
Sex Bomba -rock’n'roll punk z Legionowa.
Nowy Świat - punk’77 z Warszawy.
Ciekawą informację nadesłał również Rahim (MaxFloRec). Poniżej przytaczam w całości. Kolejnego postu z mojej strony można się spodziewać wkrótce i mam nadzieję, że tak długich przerw jak ostatnio już nie będzie.
Oto info od Rahima:
23 grudnia 2008 nasza ekipa zabawiła się w św. Mikołaja i sprawiła trochę radości dzieciakom oraz bezpańskim zwierzakom. Oczywiście w tym roku nie zamierzamy postąpić inaczej. Co więcej, tegoroczna edycja MaxFloXmas zwiększa siłę siłę rażenie, zarówno pod względem miast, jak i liczby zaangażowanych.
Rok temu mikołaje z MaxFlo odwiedziły bytomską Kronikę, gdzie przeprowadziły mini warsztaty dla polsko-czeczeńskiej grupy dzieciaków i finalnie wręczyły im świąteczne prezenty. Następnie udały się dokonać zakupów karmy, aby przekazać ją katowickiemu schronisku dla zwierząt.
W związku z progresem naszej wytwórni w tym roku może być jedynie lepiej. Nasza akcja startuje już dziś, a kończy się w środę i angażuje kilkunastu naszych artystów oraz co najważniejsze…. Was samych!
Oto plan naszej akcji:
21.12 / Tychy /godz 16.00 > odbędą się warsztaty dj-skie, które poprowadzi DJ Mahu w tyskiej świetlicy młodzieżowej (ul. Wyszyńskiego 1)
22.12 / Gliwice / godz 16.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi Esko, Szadka i Di.N.O w gliwickim klubie Gramofon (ul. Średnia 12)
22.12 / Mikołów / godz 17.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi Rahim, Majkel i Minix w mikołowskim klubie Fraktal (ul. Karola Miarki 15)
22.12 / Rybnik / godz 17.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc.) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi GrubSon, Ania i Aga w rybnickim klubie Kulturalnym (na rynku koło Sphinxa)
22.12 / Łódź / godz 17.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi Matek z NTK w jednym z łódzkich lokali (ul. Kościuszki 53/13)
23.12 / Bytom / godz 10.00 > warsztaty beatboxowe, które poprowadzi Minix w bytomskiej Kronice (ul. Rynek 26)
23.12 / Łódź / godz 14.00 > warsztaty beatboxowe, które poprowadzi Zorak3000 w łódzkim domu dziecka
Oczywiście powstanie fotorelacja z całej akcji, którą opublikujemy jeszcze w tym roku. Zapraszamy do uczestnictwa.
Sępy, hiphopowa banda, znakomici Czesi…
Pora nadrabiać zaległości, które bynajmniej nie wyniknęły z lenistwa czy braku wartościowych materiałów, lecz z konieczności poświęcenia się w większym niżbym przypuszczał wymiarze czasowym obowiązkom naukowo-logistycznym. Ale najpierw kolejna koleżeńska przysługa dla Rahima i ekipy MaxFlo Records. Oto najświeższe info (choć opublikowane z małym poślizgiem – mojej winy) o nowym wydawnictwie, opatrzone okładką tegoż:
“Inwazja parchów już 4 grudnia
Tegoroczna barbórka będzie zupełnie inna niż wszystkie, bo zamiast górników w galowych strojach z podziemi wydostanie się najbardziej zwariowana hiphopowa banda. Same parchy, czyli 3oda Kru właśnie wtedy zadebiutuje na rynku fonograficznym ze swoim »Parchastycznym mikstejpem«. GrubSon, Metrowy, Jot i Bu przygotowali muzyczną bombę, której rozbrajanie powinno sprawić mnóstwo przyjemności fanom muzyki wymykającej się wszelkim schematom”.
“Zróżnicowana klimatycznie, pełna zabawnych skitów, nafaszerowana doskonałym rapem płyta - została w całości wyprodukowana przez GrubSona, który udowodnił że potrafi wyprodukować nie tylko ciężki ruffneck. Czerpiąc z bogactwa różnych gatunków, artysta tworzy zupełnie nową jakość zaskakując rytmiką i dynamiką swoich utworów, które jednocześnie nie tracą przebojowości”.
“Płyta w formie mikstejpu – bo tak należy ten album określić, do sprzedaży trafi 4 grudnia. Tego samego dnia odbędzie się specjalny promocyjny koncert łączący trasę O.R.S. GrubSona z premierowym wykonaniem mikstejpu 3ody Kru. Zapraszamy od 20.00 do katowickiego klubu Cogitatur (ul. Gliwicka 9b), w którym MaxFloRec wraz ze świętym Mikołajem połączą siły, aby w ramach prezentu każdemu posiadaczowi ważnego biletu na ten koncert wręczyć »Parchastyczny mikstejp« na CD”.
“Bilety oraz płyty w przedsprzedaży można już zamawiać na www.sklep.maxflorec.pl, a stronę wykonawców odwiedzić pod adresem www.3oda.pl“.
Mniej było czasu na filmy, aczkolwiek udało mi się obejrzeć “Rewers” Borysa Lankosza i stwierdzam, że pochwały jakie posypały się po premierze są jak najbardziej uzasadnione. Czapki z głów przed debiutującym w pełnym metrażu reżyserem (wcześniej twórcą ciekawych dokumentów), który wspaniale potrafił oddać ducha Polski sprzed prawie pół wieku i znakomicie porozumieć się z aktorami. Chwali się najczęściej Agatę Buzek (zasłużenie, panna ma talent wielki i na pewno sławny tata nie ma tu nic do rzeczy; nie bez powodu kilka dni temu uznano ją za jeden z najbardziej obiecujących talentów europejskiego kina), ale na niemniejsze pochwały zasługuje Marcin Dorociński odgrywający dwie role, jak również sławy polskiego kina – Krystyna Janda i absolutnie znakomita Anna Polony w roli babci. Dopełnieniem imponującej całości jest muzyka Włodka Pawlika, o której z kolei mówi się nieco mniej, a powinno zdecydowanie więcej. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wykroić czas na obejrzenie “Domu złego” Wojciecha Smarzowskiego, po którym obiecuję sobie jeszcze więcej niż po “Rewersie”. Zwiastun był powalający, podobnie jak recenzje.
Z braku częstszego kontaktu z filmem, królowała muzyka. Pochłonąłem już w całości i wielokrotnie debiut Them Crooked Vultures, o którym można napisać tylko, że to arcydzieło stworzone przez supertrio. W rockowej kategorii, bardzo szeroko pojętej, może z tym krążkiem konkurować tylko ostatni Living Colour. Kapitalny rock, pełen energii, fajnych ozdóbek (mandolina, klawisze) w starym stylu, podlany stonerem, bez żadnych pretensji czy ukłonów w stronę którejś z mód. Zresztą, Grohl, Homme i John Paul Jones dawali niejednokrotnie dowody na to, że robią wszystko po swojemu. W jednej piosence podejrzewałem udział Marka Lanegana, ale po gruntownym researchu okazało się, że to Josh, który korzysta z niższych rejestrów swego głosu. Cieszy mnie to, że recenzja “Them Crooked Vultures” spotkała się z takim zainteresowaniem, że przeczytało ją kilkanaście tysięcy ludzi. Jeszcze większą radość wzbudziła wypowiedź Dave’a, z której wynika, że raczej będzie kolejna płyta. Żeby tak jeszcze dotarli do Polski…
Dość pozytywnie zaskoczyło mnie Turbo. “Strażnik światła” to raczej pokłon klasycznemu metalowi niż wściekłe thrashowe młócenie w stylu “Dead End”, “One Way”. Dobrze wypada nowy wokalista Tomek Struszczyk. Ma inną, mniej drapieżną barwę niż Grzesiek Kupczyk, ale całkiem dobrze pasuje ona do muzyki zespołu. Wszystkie teksty śpiewane są po polsku i Tomek nieźle sobie radzi z tą niełatwą sztuką. Muzycznie, jak wiadomo, Turbo nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. No, ale jeśli w zespole są tacy wyjadacze jak Wojtek Hoffmann, Bogusz Rutkiewicz, a na bębnach znakomity Tomek “Krzyżyk” Krzyżaniak to nie ma się czemu dziwić. Z pewnością nie jest to najlepsza płyta Turbo w dorobku, lecz na to pewno dobry metal, z którym warto się zapoznać. W końcu Turbo to jedna z legend ciężkiego grania w naszym kraju, a że Kat (w którymkolwiek wcieleniu osobowym) i TSA nie rozpieszczają nas wydawnictwami…
A propos Krzyżyka. W tym roku pojawił się już na “Der Prozess” Armii, a kilka dni temu ukazała się kolejna płyta formacji Budzego z jego udziałem, “Freak”. O “Der Prozess” rozpisywałem się kilka miesięcy temu, wynosząc album pod niebiosa, bo faktycznie powalił mnie swoją mocą połączoną z wyrafinowaniem aranżacyjnym. “Freak” do mnie nie trafił, niestety. Podskórnie czułem, że ponowne nagrywanie z Robertem Brylewskim i Sławomirem Gołaszewskim nie zaowocuje pozycją o takim ładunku energii i nagromadzeniu fajnych pomysłów. Co istotne, w nagraniach nie brał udziału Banan, który przecież zawsze miał sporo do powiedzenia przy tworzeniu muzyki zespołu.
“Freak”, adekwatnie do tytułu, to dziwadło nielichego kalibru. Armia to jeden z tych zespołów, który zawsze był przeze mnie ceniony i szanowany, zawsze śledziłem z uwagą jego dokonania i byłem pod wrażeniem jego mocy, ewolucji. “Freak” pozostawił mnie z uczuciem zdziwienia, zaskoczenia, niezrozumienia. Psychodelia, freejazz, garażowy brud, hałasująca elektronika… Mało śladów tak zwanej klasycznej Armii, bardzo dużo saksofonów, mało słów, a do tego wszystkie po angielsku. Bądźmy szczerzy, Budzy nie czuje tego języka, nie za bardzo potrafi w nim śpiewać. Są tacy, którzy potrafią to znakomicie, patrz Titus z Acid Drinkers, jak i tacy, którzy powinni skupić się na przekazywaniu swoich myśli po polsku. Budzy zdecydowanie powinien pozostać przy używaniu ojczystego języka. Staram się zrozumieć, po kiego czorta nagrali taki album i jeszcze nie mogę dociec przyczyn. Najgorsze jest w tym to, że na “Freak” nie ma takiego numeru, który porywałby nas po kilkunastu sekundach, a chyba na każdym z poprzednich krążków taką kompozycję można było bez większych trudów znaleźć. Jak ktoś lubi stary Pink Floyd w połączeniu z alternatywnym rockiem, freejazzem, odrobiną etnicznego grania, a wszystko to otoczone jakby narkotycznym obłokiem, może śmiało sięgać po “Freak”. Oczekujący Armijnych czadów z waltornią Banana, niech czują się ostrzeżeni.
Creed nigdy nie należał do moich faworytów. O wiele bardziej podobał mi się projekt Alter Bridge, powstały po rozpadzie z inicjatywy Marka Tremonti, o ile pamięć mnie nie zawodzi. Creed grał taki hipermarketowy grunge, wizerunkowo bezpieczny, umyty, uczesany, bezpiecznie podany, bez rzężenia rodem z zatęchłego garażu, polany grubą warstwą lukru. W słodycz wpakowano tęsknotę za miłością, melancholię, która pasowała do miłośników serialu o podlotkach z dobrych domów, które mają poważny problem, bo mama i tata nie chcą dołożyć do nowej corvetty, a przecież koleżanka z klasy ma… “Full Circle” ma tę przewagę nad wcześniejszymi płytami Creed, że Stapp mniej stara się śpiewać z manierą a la Eddie Vedder i bardziej jest sobą. Zdarza mu się nawet porządnie wydrzeć. Cukierni też jest w moim odczuciu mniej, aczkolwiek za dużo w tym zestawie tych samych ciastek lub o za mocno zbliżonym smaku. Z tuzina wyłowiłbym może dwie, trzy piosenki – tytułową (trąci bluesem z Nowego Orleanu) i “The Song You Sing”. Creed rzecz jasna nie stracił umiejętności pisania fajnych melodii. Umie przyłożyć. To solidny rockowy zespół. Na swoje szczęście wiele lat temu odniósł kolosalny sukces. W przeciwnym razie na taki album, jak “Full Circle” niewielu zwróciłoby uwagę.
Jako podkład do pogłębiania wiedzy wykorzystałem bardzo miłą dla ucha składankę “Hollywood Mon Amour”, na której znalazło się kilkanaście piosenek, które pojawiły się w filmach. Subtelne aranżacje, mocno akustyczne z delikatną elektroniką, w stylu łagodnego popu (chwilami nieco żywszego) mogą się podobać. Z powszechnie znanych śpiewają między innymi Skye z Morcheeby (“Call Me” Blondie) i Juliette Lewis (“This Is Not America” Davida Bowiego i Pata Metheny). Po raz kolejny podziękowania należą się Adamowi Śliwakowskiemu z Metal Shopu, który ową kompilację wytropił i zechciał się nią ze mną podzielić. Taka refleksja mi się nasunęła po przesłuchaniu, że większość tych przeróbek doskonale nadawałaby się do ścieżek dźwiękowych filmów Quentina Tarantino, jak i na składanki chilloutowe.
Niemniej miły podkład stanowiły płyty Jaromira Nohavicy, z których najmilej słuchało mi się “Tri Cunici” oraz “Divne Stoleti”. Na tej drugiej znalazła się rozsławiona w polskiej wersji językowej przez Artura Andrusa “Cieszyńska”. Co ciekawe, Jaromir część oryginalnego tekstu śpiewa po polsku, którym – jak się przekonałem kiedyś oglądając wywiad telewizyjny z nim – posługuje się ze sprawnością o wiele większą niż selekcjoner naszej narodowej reprezentacji kopaczy nożnych mizernych wielce.
Nohavica grywał kiedyś z zespołem Czechomor, za naszą południową granicą wykonawcą legendarnym. Od dość dawna czekały na swoją kolejkę dwie płyty tej kapitalnej grupy. Z zachwytem pochłonąłem album, który Czesi stworzyli do spółki z Jazem Colemanem z Killing Joke – “Promeny”. Panowie, z tego, co wiem, spotkali się ładnych parę lat temu. Zarówno Czechomor, jak i Jaz Coleman wzięli udział w znakomitym filmie “Rok diabła”, w którym pierwszoplanową rolę gra Nohavica. “Promeny” z Killing Joke oczywiście nie ma niczego wspólnego. To tradycyjna muzyka czeska, znakomicie wyprodukowana przez Jaza, nowocześnie brzmiąca. Mniej więcej w tym samym okresie, gdy powstawały “Promeny” Coleman przebywał przez kilka miesięcy w Krakowie, pracując z Nigelem Kennedym. Do dziś nie mogę wybaczyć losowi, że dowiedziałem się o tym post factum. Malutkim pocieszeniem jest to, że informację przekazał mi sam Coleman w telefonicznym wywiadzie… No cóż, będę się teraz uważniej rozglądał chodząc ulicami centrum.
Zanim wybiorę się w podróż (jeśli znowu nie nastąpi nieoczekiwana zmiana terminu) obejrzę sobie “Harakiri”, stary japoński film, który kiedyś nagrodzono w Cannes. Relację zdam najpewniej w drugiej połowie tygodnia.
Rockandrollowa Sexbomba i punkowa legenda
Punk nie jest dead. Wprawdzie żyje sobie gdzieś na obrzeżach muzycznego biznesu, ale nic nie stracił ze swojej bezkompromisowości, energii i szczerości. Przekonałem się o tym, oglądając na żywo GBH 26 listopada. Na swojej stronie umieścili hasło “punk junkies” i faktycznie są nimi od ponad 30 lat. 3/4 oryginalnego składu, czyli faceci mający dziś ponad 50 lat. Ale na scenie tego nie widać. Żywioł, energia nieprawdopodobne. Ani chwili wytchnienia. Łojenie od pierwszej do ostatniej minuty. Nie mam słów podziwu dla tych facetów, którzy niewielkim busem przemierzają Europę, aby punkową muzę prezentować gawiedzi, zapewne za jakąś symboliczną kasę. Co więcej, jak zapowiedział Colin Abrahall, w 2010 roku ukaże się nowa płyta GBH. W krakowskim LochNess zagrali z niej nowy numer, “Kids Go Down”, o ile mnie pamięć nie zawodzi. Spodziewałem się większej frekwencji (coś koło 350 osób było), większego pogo, hałasu. Na dość ciche zachowanie publiki zwrócił nawet uwagę Colin, który parę razy powiedział: “You are so quiet”. Ale zespołowi nie robiło to większej różnicy, bo ładował niemiłosiernie. Chyba nie tylko ja byłem tym zaskoczony. Sądziłem, że w okolicach 60 minuty para zacznie z Anglików uchodzić. Nic z tego. Wokalista zdobył się nawet na krótkie pływanie na rękach fanów, nie przerywając śpiewu. Punkiem nigdy nie byłem, ale po takim koncercie jakiś mały punk junkie pojawił się we mnie.
Grunt pod GBH świetnie przygotowała legionowska Sexbomba. Fajny, melodyjny punk and roll, zabawna konferansjerka Roberta Szymańskiego (facet jest urodzonym frontmanem) i wybór największych hitów, który zajął około godziny. Bezpretensjonalna, rockandrollowa zabawa. Była Mariola, woda, syty New York, a na bis “Bo jo cię kochom” De Pressu. Przed koncertem Robert powiedział mi, że pracują nad nową płytą z Adamem Toczko. W sumie ma być na niej 12 kawałków, a premiera przewidziana jest na maj. Sexbomba ma też supportować inną punkową legendę, Anti-Nowhere League. Koncert zaplanowano na luty w łódzkiej Dekompresji. Robert jest też animatorem sceny punkowo-rockowej i w rodzinnym Legionowie organizuje koncerty. Na 15 sierpnia 2010 zaprasza na kolejny. Gwiazdą ma być 999, zagra też kilka innych kapel. Wstęp za darmo. Jeszcze a propos koncertu w LochNess. Już po GBH spędziłem z fąflem czas na miłej pogawędce z wielce miłą rodzinką z Wadowic (mama, tata, nastoletnia latorośl). Zwróciliśmy na nich uwagę, bo mama i córa szalały, że hej podczas obu koncertów (headbanging zapodawały niesamowity). Rodzice postanowili edukować córkę muzycznie, zabierając ją między innymi na koncerty legend. Ale nie podsuwają jej na siłę muzy, dają wolną rękę, a latorośl najwyraźniej ma dobry gust i odpowiednią wrażliwość, i sama wybiera wartościowych artystów. Rodzice “kumają bazę”. W piątek dziewczę miało luz od szkoły J Fakt, lekko przeziębione było, więc naciągania nie ma. Niech się wyleczy, bo kolejne legendy niebawem pojawią się na koncertach.
Jeszcze jedno zaproszenie na koncert, tym razem od innego zacnego człowieka i zdolnego muzyka Maćka Łyszkiewicza (tak, jest spokrewniony z nieżyjącym Bodganem z Chłopców Z Placu Broni). To on stoi za No Limits, powołał do życia Leszcze, a obecnie przewodzi Łyczaczy. I właśnie na występ tego ostatniego projektu zaprasza. Przeczytajcie i skorzystajcie:
“Już 6 grudnia, w niedzielę, o godz.19 zapraszamy do gdyńskiej Cafe Cyganeria na koncert trójmiejskiego zespołu Łyczacza. Łyczacza to 7-osobowy projekt muzyczny, grający muzykę określaną przez dziennikarzy mianem bossa lounge. Formacja powstała w roku 2002 w Gdyni. Jej założycielem i autorem muzyki jest Maciej Łyszkiewicz, twórca wielu projektów muzycznych, takich jak m.in. No Limits i Leszcze”.
“Ciekawostką może być fakt, iż Łyczacza większe sukcesy odnosi zagranicą niż w Polsce, czego świadectwem są regularne trasy koncertowe w Niemczech oraz ukazywanie się ich piosenek na różnych składankach, m.in. The Lounge King (El Munecon) Presents w USA, Kanadzie i Meksyku (Independent Recordings), w doborowym towarzystwie artystów: Thievery Corporation, Montefiori Cocktail, Bebel Gilberto oraz Latin Garden II w Europie. Łyczacza ze swoją muzyczną mieszanką bossa novy, lounge music i latin jazzu jest prezentowana w stacjach radiowych na całym świecie, od Ameryki Płd. poprzez USA, Europę aż do Azji”.
“W Polsce do tej pory ukazały się dwie płyty zespołu: »Latino 69« i »Bossa-nova«. Ten ostatni album miał swoją premierę w czerwcu 2009 roku. Oprócz tego Łyczacza ma na koncie wiele udanych i ciekawych występów, m.in. na Ladie’s Jazz Festiwal w Gdyni a także, jako jedni z niewielu polskich artystów regularnie pojawiają się na kolejnych składankach z cyklu Ladie’s Jazz u boku największych gwiazd światowego jazzu, takich jak: Nouvelle Vague, Dinah Washington, Stacey Kent, Carmen Cuesta, Randy Crawford, Lizz Wright czy Patricia Barber”.
“Radość z grania, ciepła i zmysłowa barwa głosu wokalistki Marty Kubaczyk, kompozycje pełne tanecznych rytmów z elementami jazzu, bezpretensjonalność i spontaniczność na koncertach, wszystko to sprawia, że zespół Łyczacza i jego koncerty są niezapomnianym przeżyciem dla słuchaczy”.
Łyczacza wystąpi w składzie:
Marta Kubaczyk – wokal,
Maciek Łyszkiewicz – piano, lider,
Krzysiek Stachura – gitara,
Tomek Przyborowicz – bas,
Maciek Dombrowski – bębny,
Tomek Pańkow – trąbka,
Robert Dobrucki – saksofon,
Bilety w cenie 15 PLN do nabycia przed koncertem w Cafe Cyganeria. Posłuchać zespołu można na jego MySpace.
Z zaległości udało się nadrobić niewiele. Tylko Fu Manchu “Signs Of Infinite Power” – bardzo fajnie wchodzący rasowy stoner, oraz 69 Eyes “Back In Blood” – miłe dla ucha, melodyjne, chwytliwe gotycko-rockowe dźwięki, ale bez jakiegoś magicznego błysku. Za mną też pierwsze przesłuchanie nowej płyty Orphaned Land. Na wnioski oczywiście za wcześnie, ale miałem wrażenie, iż nie wchodzi to tak dobrze, jak “Mabool”, który przypadł mi do gustu. Album trwa dobrze ponad godzinę, fajnie brzmi, o co zadbał Steven Wilson. Dzieje się sporo, więc trzeba będzie jeszcze co najmniej trzech przesłuchań, aby powiedzieć o tym krążku coś bardziej konkretnego.
Przerwa w koncertach twórcy muzyki do “Amelii”
Yann Tiersen, francuski kompozytor, twórca muzyki między innymi do filmów “Amelia” i “Good bye, Lenin!”, w niedzielę i poniedziałek wystąpi po dwóch latach przerwy w Polsce. Będą to ostatnie koncerty artysty przed kilkunastomiesięczną przerwą.
Yanna Tiersena wraz z zespołem będzie można zobaczyć i usłyszeć 29 listopada w krakowskim klubie Studio i dzień później w stołecznej Stodole. Bramy klubów będą otwarte od godz. 19:00. Artysta pojawi się na scenie półtorej godziny później. Ceny biletów: w przedsprzedaży 75 zł, w dniu koncertu 85 zł.
W Krakowie i Warszawie będzie okazja do usłyszenia najnowszych kompozycji Tiersena. Rok 2010 artysta zamierza w całości przeznaczyć na prace nad nową płytą, dlatego okazja do ponownego zobaczenia go na scenie nadarzy się nie wcześniej niż w 2011 roku.
Informacje o artyście:
Już od najmłodszych lat Yann Tiersen wykazywał duże zdolności muzyczne. Jeszcze jako dziecko grał na fortepianie oraz skrzypcach, potem uczył się w konserwatorium muzycznym m.in. dyrygentury. W 1995 roku Tiersen wydał swoją pierwszą płytę, “La Valse Des Monstres”, zawierającą utwory zainspirowane filmem i przedstawieniem teatralnym. Potem ukazał się drugi album, “Rue Des Cascades”, uważany za najważniejszy w dorobku artysty. Znajduje się na nim wszystko, co charakteryzuje styl Tiersena – akordeonowe walce, pełne refleksji, krótkie utwory fortepianowe, popisy na skrzypcach oraz gama różnorodnych instrumentów. Obydwie płyty wydane były w ilości 1000 egzemplarzy, dopiero później zostały wznowione w większym nakładzie. Niestety, mimo tak dobrych płyt, Tiersen początkowo nie był zauważany przez krytyków. Na francuskiej scenie zasłynął dopiero trzecią płytą, “Le Phare”, wydaną w 1998 roku. Część z utworów zostało wykorzystanych również do ścieżki dźwiękowej do filmu “Amelia”. Sukces płyty “Le Phare” przyczynił się do wznowienia poprzednich dwóch płyt. Dzięki niemu jego utwory wykorzystano w takich filmach, jak “Wyśnione życie aniołów” oraz “Alice i Martin”.
W 1999 roku Yann wydał kolejną płytę – “Tout est Calme”, na którą wszystkie utwory zostały nagrane wraz z zespołem The Married Monk i są próbą udania się w stronę rocka. Tiersen ruszył niedługo po premierze w długą trasę koncertową po całym świecie. 10 kwietnia 2001 roku ukazała się płyta “L’Absente”, uważana przez Tiersena za jego najważniejsze osiągnięcie. Album wydawał się być kompilacją wszystkich najlepszych cech muzyki Tiersena. Ukoronowaniem jego osiągnięć był ogólnoświatowy sukces filmu “Amelia”. Płyta “Le Fabuleux Destin d’Amélie Poulain” jest zbiorem wcześniejszych kompozycji oraz skomponowanych specjalnie do filmu. Ścieżka dźwiękowa do “Amelii” rozeszła się w ponad 750 tys. kopii w samej Francji oraz ponad 250 tys. egzemplarzy poza jej granicami. Niedługo po ukazaniu się albumu Tiersen zawitał po raz pierwszy do Polski. Wystąpił w naszym kraju w 2002 roku. Rok później pojawiła się kolejna ścieżka dźwiękowa Francuza, do filmu “Good bye, Lenin!”.
W 2005 ukazała się płyta “Les Retrouvailles”, uzupełniona wydaniem w wersji DVD. Ostatnim dziełem w dorobku Yanna Tiersena jest “On tour” z roku 2006, na którą składają się utwory z jego wcześniejszych albumów.
Yann Tiersen jest niezmiennie ciepło przyjmowany przez widzów jak i krytyków. Jego muzyka jest wyjątkowym połączeniem brzmień wielu instrumentów oraz niezwykłej wrażliwości kompozytora.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Strommoussheld powraca! Jak donosi Maels: “29 listopada 2009 r. po pięcioletniej przerwie wydawniczej, wracamy na scenę z premierowym, trzyutworowym singlem »Connective Tissue«. Znajdą się na nim dwa premierowe utwory (“Long Ago Gone” i tytułowy) oraz
cover słoweńskiego Laibach – “WAT”. Wydawnictwo będzie dostępne ZA DARMO w formatach 320kb MP3, bezstratnego 24-bitowego FLAC oraz wszystkich innych znanych formatach. W pakiecie oprócz muzyki znajdą się gotowa do wydruku okładka, naklejki, flyersy i obszerny press release!”.
Dobry grind core nigdy nie jest zły! Dzięki Andy za nowy materiał Squash Bowels. Takie płyty są mi od czasu do czasu potrzebne, aby pozamiatać sobie skutecznie w głowie. Miazga na wysokim, światowym poziomie młócenia przez 20 kilka minut. “Grindvirus” już za kilkanaście dni będzie dostępny w Polsce. Zamówienia na płytę można już składać na stronie wytwórni Selfmadegod.
Szacunek dla Andy’ego za to, że przez tyle lat wytrwale pcha ten skazujący go na wieczne podziemie muzyczny wózek. Poza Polską Squash Bowels chyba jest bardziej znany niż u nas. Ale to nie pierwszy i pewnie nie ostatni przypadek. Amerykańskie wydanie płyty ujrzało światło dzienne 20 października 2009 nakładem Willowtip Records. Ale SB mają grać koncerty nad Wisłą, a ich daty będą podawać na MySpace. Jeśli tylko będzie okazja, zawitam niechybnie.
Gwiazdy, samoloty i kółeczka
Pomocy koleżeńskiej część kolejna. Tym razem dla pozytywnych zakrętasów z Tone Industrii
Oto nadesłany przez Tomka Mądrego komunikat:
“23 listopada nakładem wydawnictw płytowych sound.own/Tone Industria ukaże się debiutancka płyta Starsplanesandcircles »Structures«.
Starsplanesandcircles (gwiazdy, samoloty i okręgi) powstał nocą 12/13 listopada 2008 roku na podberlińskiej autostradzie. Wówczas też pojawiła się cała koncepcja projektu: nazwa, tytuł, tracklista i forma.
Podstawowa warstwa muzyczna opracowana została podczas kilku sesji na przełomie listopada i grudnia ub. roku. W ten sposób powstało pięć zarysów struktur. Ich wzbogacanie odbywało się etapami, przy współudziale znamienitych gości, postaci uznanych i wyjątkowych w rodzimym środowisku alternatywnym i jazzowym: Łukasza Myszkowskiego (współproducent; IN, Ostrov, eks-Antigama), Macieja Miechowicza (Neuma, Kostas New Progrram), Kostasa Georgakopulosa (Kostas New Progrram), Macieja Janasa (Ketha), Dominika Strycharskiego (Pulsarus, Kostas New Progrram), Krzysztofa Lenarda (Pro-Creation, Deneb). Miks, mastering oraz aranżacja całości miały miejsce w podwarszawskim Jozevstudio przy pomocy Łukasza Myszkowskiego.
»Structures« przynosi muzykę ambitną i zaskakującą, niepokojącą i transową, wprowadzającą słuchacza w świat dźwięków niekonwencjonalnych, ale pozwalających na ich swobodną interpretację, a skojarzenia z muzyką ilustracyjną są jak najbardziej na miejscu. W chwili obecnej trwają zaawansowane próby koncertowego wcielenia Starsplanesandcircles celem scenicznej prezentacji wydawnictwa w nowych, zaskakujących aranżacjach.
»Structures« promowany jest dwoma utworami: “Structure Three” (z udziałem: Dominika Strycharskiego, Kostasa Georgakopulosa, Łukasza Myszkowskiego i Krzysztofa Lenarda) oraz “Structure Four” (z udziałem Łukasza Myszkowskiego), dostępnymi na profilu MySpace pod adresem: www.myspace.com/starsplanescircles. Płyta dostępna jest w dystrybucji Rockers Publishing”.
Tracklista:
1. Structure one [Mądry, Lenard, Janas, Myszkowski]
2. Structure three [Mądry, Lenard, Strycharski, Georgakopulos, Myszkowski]
3. Structure five [Mądry, Miechowicz]
4. Structure two [Mądry, Lenard, Strycharski, Myszkowski]
5. Structure four [Myszkowski, Mądry]
Long post muzyczno-filmowy
Sinusoidalnie zmieniał się mój nastrój po ostatnich spotkaniach z muzyką, polską i zagraniczną. Radość moja tym jest większa, że rodzimi artyści wyszli z tej “potyczki” z podniesionym czołem, dumnie i wysoko dzierżąc tarczę. Zaczęło się od długich godzin z pierwszą solową płytą Huberta “Spiętego” Dobaczewskiego “Antyszanty”. Nie wiem, jak innym, ale mi zajęło trochę zanim zacząłem przysłuchiwać się tej produkcji nie mając z tyłu głowy pytania “a kiedy będzie coś w stylu Lao Che”?. Bo z muzyki twórców trzech kapitalnych płyt jest na “Antyszantach” tylko głos Spiętego. Artysta zastosował inną, bardziej minimalistyczną formułę, podpiera się głównie gitarą, bębnami, które jakby wybijały na galerze rytm wiosłującym skazańcom. Jest prosta elektronika, którą niejeden już przyrównywał do Kraftwerk, zaś ja bym dodał tutaj nową falę z początków lat 80. Skoro w tytule jest słowo szanty, to nie mogło zabraknąć drumli. Jest też banjo, chyba dla większości łączące się z country. Aranżacje są naprawdę skromne, ale ta muzyka działa mocno w połączeniu ze słownymi igraszkami Spiętego. Rockers Publishing w zapowiedziach pisał o mocno erotycznym charakterze tekstów. I faktycznie dosadnego śpiewania o paniach i panach (marynarzach i majtkach) jest sporo. Są dziecięce zdrobnienia, wyliczanki, które pozornie nie mogą wywołać innego traktowania płyty, jak zwyczajne jaja, wygłupy. Ale jeśli dokładnie wczytać się w słowa Spiętego, w to słów cięcie i gięcie, te zbitki, neologizmy, jeśli wbić się głębiej, okaże się, iż artysta nie do końca traktuje całości jako beztroskiej zabawy. Spięty zawsze miał coś do przekazania z Lao Che, ma również jako solista. Płyta trudna do sklasyfikowania, ale jak wiadomo, ja za szufladkowaniem nie przepadam. Niech stanie na tym, że to muzyka alternatywna, niekomercyjna, z dość dosadnym, frywolnym przekazem, pod powierzchnią którego jest i sporo celnych spostrzeżeń.
Drugi punkt dla Polski wywalczyła gdańska Proghma-C i debiutancką płytą “Bar-do Travel”. Ściemniać nie będę, album wciągnął mnie bardzo. Na tyle, że postanowiłem poszperać dość intensywnie w poszukiwaniu genezy tytułu i paru tytułów z krążka. Wiedzę wzbogaciłem. Wiem, że “bardo” to stan przejściowy w tybetańskim mistycyzmie i to była cenna nauka przed zabraniem się do komponowania finalnej wersji recenzji. Bo mistyki w tej muzyce jest sporo. Także hipnotyczności, momentami transowości. Trudno uciec od skojarzeń z Meshuggah, wokalista manierą chwilami przypomina Maynarda Jamesa Keenana. Elektronika i niektóre partie gitarowe wychodzą z progresywnego grania. W skojarzeniach nie ma niczego złego. Proghma-C potrafiła ze swoich inspiracji zbudować coś swojego, zostawiła na płycie swój ślad. Za wcześniej mówić, że mają swój styl, ale z pewnością wiedzą, w którą stronę zmierzają. A cover “Army Of Me” Björk nagrali naprawdę imponujący. Godzina świetnej muzyki, mocnej, ciężkiej, ale mającej przestrzeń, jakąś tajemniczość, nie przytłaczającej dla samego przytłaczania. Proghma-C nie z tych, co będą silić się na bycie najcięższymi, najbardziej pokręconymi, itp. Emocje, które chcą wyrazić, oblekają we właściwe dźwięki. I pewnie z tego powodu blisko godzina spędzona z “Bar-do Travel” mija tak miło i bezboleśnie. Głęboko się panom kłaniam i czekam na to, co będzie dalej, licząc mocno, iż będzie jeszcze lepiej, jeszcze bardziej interesująco.
Honor zagranicy znakomicie obronili weterani z Cheap Trick. Tajemnicą nie jest, że do melodyjnego rocka i hard rocka mam słabość, aczkolwiek Amerykanie nigdy nie należeli do grona moich wielkich ulubieńców. Jednak ich mocno beatlesowski, chwytliwy rock, hard rock, rock and roll może rozpogodzić nastrój każdego przytłoczonego faktem, że w listopadzie wcześniej robi się ciemno, a słońca jest jak na lekarstwo. Płyta “The Latest” zaraża radością, oczywiście jest na niej mnóstwo pięknych harmonii, ukłonów w stronę glam rocka, uwielbianych przez Cheap Trick The Beatles, rockandrollowy kopniak, a nawet ognistość żywcem wzięta z melodyjnego punk rocka. W USA Cheap Trick to legenda, u nas zespół znany raczej niewielkiemu gronu pasjonatów AOR-u, czyli rocka zorientowanego na dorosłych. Nazwa durna i nie wiem, kto za nią stoi. Co za kretynizm! Rock właśnie jest przede wszystkim dla niedorosłych, dla wiecznie zbuntowanych, młodych duchem. Dorosłość raczej odbiera człowiekowi rockandrollowość, przynosząc w jej miejsce rozleniwienie, skapcanienie, przeczulenie na punkcie współrzędnych pilota w domowym zaciszu. Dobra, nie będę się pastwił nad jakimś szufladkarzem od Wujka Sama. Czasu i palców szkoda. Wielkie dzięki Adamowi Śliwakowskiemu z krakowskiego Metal Shopu, że po udostępnieniu mi płyty ze trzy razy pytał, czy słuchałem. W końcu zrobiło mi się głupio, posłuchałem i będę miał powód, aby złożyć mu serdecznie dzięki za dobry wybór. Są jednak w sklepach muzycznych ludzie, którzy znają się na rzeczy. Nie ma jednak ich za wielu. Adam to wyjątek, a Metal Shopowi stuknie za jakiś czas 20 lat. Oj, będzie się działo J
Chad Smith’s Bombastic Meatbats, to poboczny projekt perkusisty Red Hot Chili Peppers. Projekt instrumentalny z udziałem czterech muzyków, którzy są już na tym etapie wtajemniczenia w sztukę, że jeśli mają czas, to bawią się instrumentami, nie myśląc, czy skala tej zabawy przekroczy granicę sali, w której mają próby. Tak, nie każdy może sobie na coś takiego pozwolić, a u nas to pewnie mniej niż promil. Ale Chad, Ed Roth, Jeff Kollman i Kevin Chown mogą. Powszechnie znany jest tutaj tylko Smith, ale reszta to nie byle jacy muzycy. Może nie jest to pierwsza liga pod względem znajomości przez fanów, lecz Ed, Jeff i Kevin dossier mają całkiem spore. A w co się bawią? Bawią się w funky, soul, fusion, delikatnego jazzu. Bawią się dobrze, bo pod koniec paru kompozycji słychać zabawne uwagi słowne, typu “Oj, wylałem sobie piwo”. Jest też koncertowy cover kompozycji Billy’ego Cobhama, słychać, że zarejestrowany w jakimś małym kalifornijskim klubiku. Panowie kochają to, co robią, mają z tego wyczuwalną na kilometr radochę, a ich ego nie są na tyle duże, aby zżymali się na to, iż ogląda ich 250 osób, a nie 50 tys. To nie jest płyta, która zapisze się na lata w świadomości fanów. Na pewno chętnie zaopatrzą się w nią ci, którzy lubią takie granie instrumentalne, w którym nie ma wyścigów, kto zagra szybsze i bardziej efektowne solo. Kwartet przyjął pewne reguły muzycznej zabawy i trzyma się ich. Chciałbym zobaczyć ich na żywo, bo pewnie granice zabawy wtedy się poszerzają, ale mam mało wiary w to, że ktoś odważyłby się ich do nas zaprosić. A jeszcze niewielu stać na to, aby fruwać sobie na koncerty do Japonii…
Katatonia niestety obniża loty. Zmęczyła mnie i znudziła płyta “Night Is The New Day”. Napisanie, że nie ma w tej muzyce życia nie byłoby trafne, bo Szwedzi raczej operują paletą, na której są głównie mroczne barwy, a ze śmiercią i okołośmierciowymi tematami zawsze im było do twarzy. Niefajność “Night Is The New Day” to brak tego czegoś, co powoduje, że chce się do materiału wracać. Coś, co chyba po raz ostatni pojawiło się na “Viva Emptiness” i wcześniejszych albumach. Można wylewać żale, płakać do mikrofonu, ale jeśli nie ma w tym jakiegoś haczyka, magicznego ognika, iskry bożej, szatańskiego liźnięcia, to wiele z albumu się nie wyniesie. Mikael Akerfeldt może sobie pisać hymny pochwalne na stickerze z okładki, jego prawo. Ale z radością bym się dowiedział, jak jego zdaniem “Night Is The New Day” wypada na przykład z “Last Fair Deal Go Down”?
Rob Halford niedawno określił się chrześcijańskim heavymetalowcem. Naprawdę, powiedział to w wywiadzie radiowym. Nie chcę na siłę kwestionować prawdziwości jego słów, ale jak ma się wydać album inspirowany świątecznymi piosenkami, zimą, bożonarodzeniowym zamieszaniem, a do tego zna się ten biznes od podszewki, to… Nie mam nic przeciwko takim płytom nagrywanym przez metalowców. Przeciwnie, nie jeden raz setnie się przy takowych projektach uśmiałem. Po raz pierwszy chyba z 25 lat temu, gdy w formie kasetowej zagościła u mnie świąteczna kompilacja z udziałem czołowych wtedy niemieckich kapel metalowych. Do dziś pamiętam wersję “White Christmas” Binga Crosby’ego, w której gardło darła niesamowicie Sabina Classen z Holy Moses. Rok temu weselej zrobiło mi się przy “We Wish You A Metal Xmas…”. Po “Winter Songs” nie jest mi za bardzo do śmiechu, bo to płyta nudnawa i przesadnie poważna, nadęta jak balon braci Montgolfier albo Jose Mourinho. Ratuje ją parę weselszych, luzackich, rockandrollowych momentów i otwierający całość “Get Into The Spirit”. Gdybym celebrował Wigilię, chętnie widziałbym przy stole Roba Halforda, ale wolałbym, aby zamiast piosenek z trzeciej płyty zaśpiewał mi na przykład “Resurrection”, “The One You Love To Hate”, czy jakiś kawałek Judasów. Byle nie z “Nostradamusa” J
Czym byłoby życie bez przerw na odpoczynek? W ostatnich dniach bardziej filmowy niż książkowy i niekoniecznie związany z nowościami. Adam Ś. nie tylko na muzyce się zna, lecz czasami rekomenduje niezłe filmy. Polecił mi dwa sensacyjne amerykańskie obrazy – “Władza pieniędzy” (Even Money) i “Błękitny proszek” (Powder Blue). Obydwa łączy osoba Foresta “Klapnięte Oczko” Whitakera. Pierwszy, to opowieść o uzależnieniach dwóch osób od hazardu i kłopotach, które z tego wynikają dla złotej rączki Clyde’a Snowa (Whitaker) i pisarki Carolyn Carver (bardzo dobra Kim Basinger). Kłopoty, ich sprawianie, jest tu domeną niejakiego Victora (Tim Roth, i wszystko jasne
), za którym stoi tajemniczy Ivan. Końcówka dość łatwa do przewidzenia, ale ogląda się naprawdę miło.
Podobnie jak “Powder Blue”. Nie tylko ze względu na Jessicę Biel, która jako tancerka erotyczna musi podziałać na wyobraźnię każdego mężczyzny (swoją drogą nieźle się do tej roli przygotowała; ciekawe, kto był konsultantem merytorycznym), ale nieźle wypada też w dramatycznych scenach, kiedy rozbierać i wyginać się nie trzeba. Bo Rose-Johnny (Biel) ma synka w śpiączce i wierzy głęboko, że odzyska on zdrowie, dlatego tańczy ile się da, także w prywatnych pokojach, za co dostaje się więcej pieniędzy, ale też znacznie więcej trzeba z siebie dać. Patricka Swayze (R.I.P) można zobaczyć w ciekawej epizodycznej roli właściciela klubu, wrednego skurwiela, który wykorzystuje swoje pracownice jak się da. Jest ograny wątek dziewczyny nie znającej ojca (znakomity Ray Liotta), który po latach się odnajduje, jest nieśmiały młodzian, szukający miłości, na co dzień zajmujący się makijażem dla umarłych i mający kłopoty finansowe, jest pastor (Whitaker), który chce zapłacić za zastrzelenie go, między innymi przygodnie poznanemu transwestycie (swoją drogą przedstawienie pastorowi cennika usług jest zabawne). Co ważne, przynajmniej dla mnie, nie ma tu hollywoodzkiego happy endu, nie wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Bar wzięty, a szanty są anty
Dziś wyłącznie po polsku i bardzo ciekawie. Najpierw debiutanci, Proghma-C i ich “Bar-do Travel”. Debiutanci fonograficzni, bo koncertowo pokazali się tu i ówdzie. Mocno wierzę, że po płycie ich działalność nabierze większego tempa, bo nie godzi się, aby taki zespół wyłącznie szlajał się po podziemiu. Szlaja się od siedmiu lat, więc czas na to najwyższy, aby usłyszała o nim szersza publika. “Bar-do Travel” to świetne granie, w którym słychać wycieczki do krainy Meshuggah i Tool, odrobinę Cynic, a także progresywnej estetyki. Bywa mocno, bywa też kosmicznie, mistycznie i transowo, z ładnie wypełnioną przez klawisze przestrzenią. Kawałki bardzo dobrze brzmią, do czego przyczynił się Szymon Czech, który tego typu muzykę czuje doskonale. A cover Björk “Army Of Me” mógłby z powodzeniem znaleźć się na płytce z remiksami tej kompozycji, którą Islandka parę lat temu przygotowała. Obcowanie z “Bar-do Travel” to duża przyjemność. W tym świecie dźwięków czuję się naprawdę wspaniale. Czuję też, że Proghma-C ma dużo więcej do powiedzenia i jest otwarta na wzbogacanie swojej muzyki rozmaitymi elementami. Zespół doskonale uzupełnia grupę alternaatywno-metalowych wykonawców, w której są już Blindead, Orange The Juice, Tides From Nebula, Mothra, Heathenic Noise Architect, i paru innych. Nie znam ich EP-ki “Down Is A Spiral”, ale po “Bar-do Travel” z pewnością zrobię wszystko, aby do niej dotrzeć. Brawa dla Mystic Production za szansę dla gdańszczan. Emocje, energia, melodie – to oferuje “Bar-do Travel” i to w jakości jakiej nie powstydziłby się niejeden wykonawca ze znacznie większym dorobkiem.
Hubert “Spięty” Dobaczewski z Lao Che to artysta niespokojny, którego twórcze credo obejmuje – jak podejrzewam – poszukiwania coraz to nowych i zaskakujących środków wyrazu. A, że nie wszystkie jego pomysły nadają się do Lao Che, Spięty postanowił zrobić coś na własną rękę i dzięki temu do naszych rąk trafiła kilka dni temu płyta “Antyszanty”. Artysta lubi nas zadziwiać, sprawiać, że z szeroko otwartymi oczami słuchamy i pytamy samych siebie: “To naprawdę nagrał koleś z Lao Che?”. Ano nagrał. Jest tu szantowa melodyjność, chóralne śpiewanie, radosna energia, ale niech nikt nie da się nabrać. To nie są proste piosenki o bosmanie, co fajkę kurzył żeglując po morzach i oceanach.
Spięty gimnastykę słowami ma opanowaną znakomicie, a swoje słowne popisy kieruje w niekoniecznie marynistycznym kierunku, choć i takie nawiązania są (nawet do gry w okręty). Czasem dosadnie przekazuje swoje odczucia dotyczące życia, śmierci, kondycji natury ludzkiej. Akrobacjom słownym towarzyszy czasami mocno szantowa muzyka, ale nie tylko taka. Mamy tu też zabawę z elektroniką, alternatywnym graniem. Na pierwszy rzut ucha Spięty puszcza do nas oko, robi sobie jaja, ale jeśli zajrzeć pod powierzchnię jest w tym sporo ważkiej treści. “Antyszanty” na pewno nie wchodzi tak szybko, jak dokonania Lao Che. To jest płyta do stopniowego, cierpliwego odkrywania, raczej nie na listy przebojów. Spięty poszedł w inną stronę, jakby celowo chciał odciągnąć uwagę od hołubionego od lat Lao Chce i dać sygnał, że ma do powiedzenia znacznie więcej. Ma faktycznie sporo. Jeśli odbiorca będzie w stanie wyrzucić pojawiające się uporczywie w umyśle porównania do Lao Che, łatwiej będzie mu tę płytę poznać i nie wątpię, że również polubić. Wiem po sobie, że nie jest to zadanie łatwe, ale warto się go podjąć. Bo Spięty to jeden z tych niepokornych artystów, który naprawdę ma coś do powiedzenia i mówi to po swojemu, swoim językiem, nie oglądając się na nikogo i na nic.
Dzień i noc podległości…
… podległości od zaległości. Płytowych. Wiadomo, jak się freelance’uje, lepiej nie mieć zbyt wielu wolnych dni, bo może się okazać, że na półkach robi się coraz tłoczniej, brakuje czasu, aby wszystkiego posłuchać i – co najgorsze, kasa kończy się szybciej niżby się tego chciało (o ile w ogóle chce się czegoś tak szalonego). Święto nie święto, postanowiłem sobie, że będę siedział do burej nocy (słowa dotrzymuję, bo właśnie jest ciemno i buro) i słuchał maksymalnie dużo, aby chaos na podręcznym stole z płytami zmniejszył się choć na chwilę, zaś wzrosła “wieża” materiałów przesłuchanych. 11 listopada 2009 zapamiętam jako dzień bolącej głowy od muzycznych różności. Głównie zagranicznych, w zdecydowanej większości bolało aż miło, zaś raz miło nie było.
Nie trafił do mnie drugi album Maleńczukowego Psychodancingu. Pojmuję, że artysta potrzebuje czasami pokazać gawiedzi, jaki to on jest wszechstronny, jak wiele umie, z jaką gracją porusza się po różnych dźwiękowych krainach. Ale na “Vol. 2. Alchemii piosenki” obcujemy z podróżą chaotyczną, bez jakiejś przewodniej myśli, naszpikowaną mnóstwem zaskoczeń, na które niekoniecznie chcemy mieć ochotę. Słowo “dancing” narzuca pewną konwencję, sprawia, że spodziewamy się pewnego rodzaju piosenek, zaś przedrostek “psycho” jakby niweluje tę przewidywalność, oddala się przez niego to, co przez słuchacza oczekiwane. Z tego zestawienia wyszło coś, co niewiele daje przyjemności, a zaskakuje raczej tym, że męczy zamiast bawić. Folk uliczny, rock, blues, pop wychodzą Maleńczukowi czasami nieźle. Śpiewać on umie, bawić się słowem także. Ale filtrowanie własnej twórczości nie jest jego mocną stroną. Takie jest moje odczucie. Jajo jajem, lecz Bee Gees, Afric Simone czy The Shorts jakoś mi do Macieja nie pasują.
Im dalej w dzień (i w noc) tym lepiej, przyjemniej. Zestaw hitów Skunk Anansie warto mieć. Nie tylko dlatego, że są na nim chyba wszystkie kapitalne kawałki sprzed lat, a jak ktoś ma za ciężki portfel, to może zaopatrzyć się w wersję z DVD (15 klipów) lub limitowaną czteropłytową z remiksami i nagraniami koncertowymi. Najważniejsze jest to, że na “Smashes And Trashes” są trzy nowe piosenki i że są one bardzo dobre. Nie jest tak, że najpierw mamy mocarzy z minionej dekady, zaś obok nich pojawiają się ubodzy krewni przebojów z XX wieku. “Because Of You” nie traci wciśnięty między “Secretly” a “All I Want”, “Tear The Place Up” wybucha między “Hedonism” a “Weak”, zaś ładna ballada “Squander” koi nas pomiędzy “Twisted” a “Lately”. Skunk Anansie rozbudzili mój apetyt na kolejną płytę studyjną i jestem pewny, że kto posłucha kompilacji pozostanie z podobnym odczuciem.
Była jeszcze jedna polska płyta w Dzień Niepodległości (nawiasem pisząc, tak zatytułowane jankeskie szmirowate i rozbuchane efektowo filmowe arcyniedzieło prezentowano dziś w telepudle). Nowa, młoda polska grupa Echoes Of Yul. Wiedziałem, że ta nazwa już kiedyś obiła mi się o uszy, a Arek Młyniec z Foreshadow Music i Omnio.pl, który krążek dystrybuuje, uświadomił mi, że opolanie supportują (właściwie to już supportowali) poważany przeze mnie wielce amerykański Dälek. Ale Echoes Of Yul to zupełnie inne granie. Punkt wspólny to mrok, przerażenie, niepewność – te cechy klimatu muzyki znajdziemy u obydwóch wykonawców. Polacy preferują jednaj granie przytłaczające, drone’owe, coś z okolic Sunn O))), Neurosis, pogrzebowego doomu… To skojarzenia po jednym na razie przesłuchaniu, więc niech nikt się do nich za bardzo nie przywiązuje :-) Album trwa sporo ponad godzinę, więc na jego poznanie trochę mi zejdzie. Oprawa graficzna przypomina mi kolorystyką i atmosferą obrazy z jedynki “Blair Witch Project”. Muzyka EOY sprawdziłaby się w tym obrazie znakomicie.
Po drone’owym walcu ukojenie jest niezbędne. Lizanie ran na narządach słuchu spadło na Zero 7. Przyznaję, wcześniej nie znałem ich muzyki. Niby nie są z mojego kręgu, ale ich ambitna elektronika może się podobać. Angielski duet ma ciekawe pomysły, a do śpiewania zaprasza zdolne panie o może niewielkich nazwiskach, lecz interesujących głosach i sporych zdolnościach interpretatorskich. Piszą o Zero 7, że to ambient, trip-hop, downtempo… Chrzanić etykietki. To dobra, mocno elektroniczna, spokojna i ambitna muzyka. No i jest tu hołd dla Zinedine’a Zidane’a
Z Flaming Lips zawsze spotykałem się na krótko, po czym rozchodziliśmy się w różnych kierunkach. Nie żebym ich nie lubił, nie doceniał. Po prostu, jakość ich wcześniejsze dokonania nie trzymały mi się pamięci. Inna sprawa, że mój gust nie stał w miejscu i nie zawsze był tak rozciągnięty, jak obecnie. Ale ich “Embryonic” to bardzo, bardzo miłe zaskoczenie. Psychodeliczna jazda z dużą dawką elektroniki, mnóstwem przestrzeni, bynajmniej nie usypiająca, na pewno frapująca, mocno kinematograficzna. Z gościnnym udziałem MGMT i Karen O z Yeah Yeah Yeahs. Nagrać aż 18 piosenek, które nie męczą, to jest nie byle jaka sztuka. Ale Wayne Coyne to nie żółtodziób i umie komponować. “Embryonic” też będę musiał przepuścić przez uszy jeszcze ze cztery razy, bo raz to zdecydowanie za mało.
Squash Bowels rozsiewa wirusa
I kolejny odcinek pomocy koleżeńskiej. Tym razem łamów nie użyczam Rahimowi, lecz komuś z zupełnie odmiennej muzycznej sfery. Andy’ego Pakosa znają wszyscy zwolennicy grindcorowego megałomotu. Kiedyś legendarny Damnable, od lat Squash Bowels. Z wytrwałością godną najwyższego podziwu Andy promuje ekstremę w Polsce i na świecie. I, co cieszy, zbiera dobre recenzje. Teraz zapowiada nowe dzieło Squash Bowels. Oto news, który otrzymałem od niego:
“Najnowszy krążek Squash Bowels, “Grindvirus”, miał już swoją premierę za Oceanem. Amerykańskie wydanie płyty ujrzało światło dzienne 20 października 2009 nakładem Willowtip Rec.www.willowtip.com
Pierwsze recenzje płyty przeczytać można na myspace zespołu”.
“Kolejna premiera, tym razem europejska, “Grindvirus” zaplanowana została na czwartek 10 grudnia 2009. Wydaniem krążka na Europę zajmie się nasza rodzima Selfmadegod Rec. www.selfmadegod.com
Zamówienia w postaci pre-order składać można pod tym linkiem“.
“Płyty zamówione w formie pre-order wysyłane będą na tydzień przed premierą, już 4 grudnia, czyli prosto pod choinkę
. Dodam również iż amerykańskie wydanie płyty dostępne będzie bezpośrednio u zespołu w okolicach 20 listopada. Szczegóły na MySpace “.
Tyle Andy. Od siebie zaś zapowiadam bliższe spotkania z “Psychodancingiem” cz. 2 M. Maleńczuka, Skunk Anansie, Zero 7, Flaming Lips i co tam się jeszcze objawi (mam nadzieję, że Spięty). A i pewnie jakiś nowy, mam nadzieję, że fajny, film uda mi się obejrzeć… Książkowo jest dobrze, za sprawą Krzysztofa Vargi i jego “Nagrobka z lastryko”. Gorąco zachęcam tych, którzy podobnie jak ja o wartościowej literaturze dowiadują się często z opóźnieniem.




zostaw komentarz