Technika + muzyka + zabawa
Zdarzyło Wam się być na koncercie, na którym w mniej więcej piątej minucie czuliście, iż będzie to niezapomniane przeżycie? Miałem wielką przyjemność przeżyć coś takiego w piątek, 29 stycznia, w krakowskim klubie Studio, dzięki jedynym w swoim rodzaju facetom z Living Colour. Koncert nieprawdopodobny! Widziałem ich w 2008 roku w Proximie, ale tamten występ to pikuś przy krakowskim. Choć tam zagrali mój ukochany “Pride”, a tu nie.
Truizmem jest napisanie, że każdy z muzyków Living Colour jest mistrzem w swoim fachu. Ale trzeba zobaczyć ich na żywo, aby przekonać się, jak inteligentny użytek robią ze swoich nieziemskich umiejętności. Nie ma popisywania się dla zaspokojenia rozbuchanego ego, dla pokazania, że potrafi się zmieścić ileś tam nutek w jednostce czasu. U LC technika żyje w symbiozie z muzyką i dobrą zabawą. Ci faceci po prostu muzyką się bawią, jak chcą i tą płynącą z nich, widoczną w trakcie koncertu radością zarażają publiczność. W Studio grali kapitalnie, brzmieli tak dobrze, jak chyba żaden zespół, który wcześniej widziałem w tym miejscu (a trochę widziałem). Luz, uśmiechy na twarzy i repertuar zdominowany przez piosenki z ostatniej płyty “The Chair In The Doorway” (chyba 3/4 albumu zagrali; przepięknie wyszedł “Behind The Sun” oraz “Bless Those” z ciężkim jak diabli refrenem), które w zdecydowanej większości wydłużyli. Ale nie brakło i niespodzianek, z których największą był chyba zagrany na bis “In Bloom” Nirvany. We fragmencie zabrzmiał “Iron Man” Sabbathów, po humorystycznym przedstawieniu widzom Coreya Glovera jako iron mana właśnie. Był i kawałeczek “Hound Dog” wpleciony do “Elvis Is Dead”. Śmiechu, przekomarzania się co niemiara. Najwięcej śmiali się Vernon Reid i Doug Wimbish, który przemierzył ze swoim basem każdy centymetr kwadratowy sceny, do tego śpiewał w chórkach, a w trakcie swojej solówki zszedł ze sceny w chodził między ludźmi. Najbardziej powściągliwy był Corey, ale i on po “Glamour Boys” jakby dostał zastrzyku energii i poruszał się bardziej żywiołowo. Pięknie wypadła przejmująca ballada “Flying”, powalał szybkością i dynamiką “Ausländer”, świetnie bujał “Love Rears Up Its Ugly Head”.
Solo Willa Calhouna to temat na rozprawę w specjalistycznym magazynie. Fragment z różnokolorowo świecącymi pałeczkami był koncertowym odpowiednikiem Kubrickowskiego przejścia przez bramę czasu w “Odysei kosmicznej” J Will okładał rozbudowany zestaw przez jakieś 30 minut. Trudną sztuką jest nie zanudzić widza tak długim popisem. Jemu to się udało. Posłużę się cytatem z Tony’ego Williamsa, który powiedział, że perkusiści dzielą się na takich, którzy trzymają rytm i na takich, którzy grają na perkusji. Will jest z tych, co grają, czyli umieją ze swojego zestawu zrobić frapujący dla odbiorcy użytek.
Frekwencja mogłaby być większa, ale ci, co przyszli do Studia dali z siebie wiele, a muzycy to docenili. “I love this town” – powiedział Reid po jednej z żywiołowych reakcji fanów, i na pewno nie wciskał kitu, by podlizać się publice. Muzycy zapowiedzieli po ostatnim numerze, że wyjdą do fanów, podpiszą płyty, zrobią zdjęcia. Obietnicy dotrzymali. Znajomy osobnik, który spędził większość koncertu w pobliżu nagłośnieniowca LC doniósł, że zdaniem faceta był to jeden z najlepszych koncertów zespołu na obecnej trasie i że nawet w Stanach nie mają takiej publiki. Cieszy taka opinia, bo oznacza, że na pewno jeszcze tu wrócą. Oby jak najprędzej. Takie koncerty chciałbym oglądać co tydzień.
Zawsze fajnym przeżyciem jest dla mnie zobaczenie na takiej imprezie rodziców z dorastającymi dziećmi. W Studiu zestaw mama-tata-nastoletni dzieciak zaobserwowałem nie raz. Zdjęcie do postu pożyczyłem od Musicnews.pl za zgodą Maćka Stankiewicza (autora fotki), który na koncercie również był i udokumentował go fotograficznie. Jego zdanie na temat występu LC jest podobne do mojego, a możecie zapoznać się z nim na tej stronie.
Jeśli chodzi o płyty, pisałem już trochę o Tindersticks, a teraz mogę podzielić się nieco obszerniejszą opinią na temat albumu “Falling Down A Mountain”, drugiego po reaktywacji angielskiego zespołu. Jedną z fajniejszych rzeczy przy pisaniu recenzji bywa to, że można odświeżyć sobie wcześniejsze nagrania danego artysty. Rzecz jasna pod warunkiem, że ma się czas, a na biurku nie czekają cztery inne tytuły, z których połowa jest do zrecenzowania na wczoraj, a druga na jutro. Z Tindersticks miałem to szczęście, że nie musiałem się spieszyć. Sięgnąłem więc do jedynki, do “Curtains”, do “The Hungry Saw”. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z zespołem na początku lat 90. Grzebiący się w alternatywnym graniu kolega zaproponował mi, wtedy nie schodzącemu za często poniżej poziomu deathmetalowej agresji, przesłuchanie płyt dwóch zespołów – Mogwai i właśnie Tindersticks. Jak nietrudno się domyślić, moja znajomość z obydwiema kapelami skończyła się mniej więcej po dwóch, trzech numerach. Dziś jedynkę Tindersticks cenię, choć wolę np. “Curtains”. Wokal Stuarta Staplesa podoba mi się znacznie bardziej od upopowionego klona Iana Curtisa, czyli pana z Editors. Pomijam, że Staples ma w głosie jeszcze nutkę Bowiego, Morrisseya. Brytyjscy dziennikarze uporczywie podkreślają też podobieństwo do Scotta Walkera i mają nieco racji.
Wracając do “Falling Down A Mountain” – Tindersticks poszli nieco dalej niż na “The Hungry Saw”. Poza lirycznym, kameralnym w klimacie niezależnym graniem, mamy wycieczkę do krainy westernów – “She Rode Me Down”, z tamburynem, akustyczną gitarą i trąbką w rolach głównych, a także żywiołowy i dość pogodny w klimacie “Harmony Around My Table”. Delikatny jazz Anglicy fajnie krzyżują z psychodelicznym popem w tytułowej kompozycji. Pięknie to wszystko jest podane. Subtelnie, z klasą, refleksyjnie. Tindersticks trochę mają w sobie balladowego odcienia Lou Reeda, chwilami garażowości Velvet Underground. Najlepiej wychodzi im jednak wprawianie w zadumę, uspokajanie, wyciszanie przy częstej pomocy fortepianu i smyczków, czy też wprowadzanie w błogostan właściwy zakochanym (ballada “Peanuts”, którą Staples śpiewa w duecie z Kanadyjką Mary Margaret O’Harą). Gorąco polecam, bo płyta jest prześliczna. I jest już w Polsce, dzięki dystrybucji Sonic Records.
Roba Zombiego zawsze lubiłem. Od pacholęcia podobnie, jak on mam słabość do horrorów. Nigdy się ich nie bałem, za co odpowiedzialna jest… Telewizja Polska! Tak, tak, ale jeszcze nie S.A. Kilka lat przed zmianami z 1989 roku w reżimówce zaprezentowano program o trikach stosowanych w Hollywood. Miałem to szczęście, że natrafiłem na odcinek o horrorach. Od tamtej pory w filmie krwi może być tyle, że krytą żabką da się pływać, wnętrzności mogą fruwać, jak eskadry bombowców nad Dreznem w czasie drugiej wojny, a ja sobie siedzę spokojnie i posiłek mogę spożywać. Rob Zombie historyjki niczym z horrorów gore, niekoniecznie pierwszej klasy, opowiada przy pomocy muzyki od kilkunastu lat. Od paru całkiem nieźle idzie mu to także w świecie filmowym. Artefakty na płytach są od początku te same – dialogi ze starych obrazów, wyjące wilki, bijące dzwony, dysonansowe hałasy, zmodulowane krzyki, itp. To wszystko jest dodatkiem do mocnego, dość dynamicznego klasyczno-metalowego, hardrockowegp, a także bluesowego grania. Nad całością unosi się zazwyczaj ponura aura, jakby zakochana para wybrała się na spacer na opuszczony cmentarz, mimo tego, że ludowe podania sugerowały, aby tego nie robić, bo zły się obudzi i zrobi poważne kuku, czyli pokąsa i w zombiaka zmieni. A północ już za parę minut, więc sytuacja robi się napięta…
“Hellbilly Deluxe 2″ to przyzwoity materiał, bez hitów na miarę “Dragula”, czy “Superbeast”, ale z paroma miłymi dla ucha kompozycjami (“Werewolf, Baby”, “Werewolf Women Of The SS”, “Mars Needs Women”). Zombie lubi Black Sabbath, nigdy nie ukrywał swojej miłości do muzyki lat 70. i na krążku to słychać. “Hellbilly Deluxe 2″ brzmi bardzo naturalnie, sprawia wrażenie materiału nagranego “na setkę”. Bębny Tommy’ego Clufetosa brzmią jakby pałker ładował w puste walizki albo kartonowe pudełka po damskich kozakach. To może się podobać i może też skłonić młodszych słuchaczy wychowanych na cyfrowych nośnikach, do sięgnięcia po produkcje sprzed lat. Nie da się zaprzeczyć, że ducha tamtych analogowo nagrywanych płyt, nikomu nie udało się odtworzyć komputerowo. Nic dziwnego, że winyle stopniowo wracają do łask, choć wg prognoz sprzed 20 lat miały bezpowrotnie zniknąć. Reasumując, Rob nagrał solidny, przyzwoity materiał. Cudów nie ma, tragedii również.
O norweskim Obliteration już co nieco pisałem. Napiszę jeszcze raz, bo “Nekropsalms” miałem sposobność posłuchać jeszcze kilka razy, zachęcony komentarzem pod jednym z poprzednich postów, którego autor miał trochę racji pisząc, że Obliteration to bardziej old school death metal niż black metal. Piszę “trochę racji”, ponieważ “Nekropsalms” nie jest z tych płyt, które klasyfikuje się bezproblemowo po usłyszeniu połowy pierwszego numeru. Jak najbardziej jest tu death metal starej szkoły, mocno zahaczający o dokonania np. Autopsy, nie brak jednak pokłonów dla Hellhammer, starego Venom, Celtic Frost, bez trudu można doszukać się doomowych wtrętów, lekkiej psychodelii w dysonansowych riffach. Fascynujące jest to, że ci młodzi (sądząc ze zdjęcia) kolesie, z taką swobodą poruszają się po tych wydawałoby się gruntownie przebadanych terenach ekstremy i znajdują na nich coś świeżego, kopiącego, brzmiącego jakby album nagrano ze 20 lat temu. Kawałków jest siedem, trwają niewiele ponad 42 minuty i solennie zapewniam, że każdy z nich to perełka oldschoolowej ekstremalnego metalu we współczesnych szatach. Nie dziwią mnie zachwyty kumpla Obliteration, Fenriza. Równie gorąco polecam, co Tindersticks, choć to inny muzyczny wymiar. W Omnio.pl, jak zapewnia szefostwo, kopii “Nekropsalms” na razie nie brakuje.
Niebawem nieco więcej o koncertówce Meshuggah oraz o dokumentach – o wielkim Phillipie K. Dicku i norweskim black metalu.
Razy cztery…
Dwa razy muzycznie po polsku, i tyle samo po zagranicznemu. Maels, obiecałem i słowa dotrzymuję – nowy materiał promocyjny Strommoussheld przesłuchany. “Connective Tissue” to trzy kompozycje, w tym dwie nowe autorskie. Ta ostatnia jest coverem Laibach “We Are Time”. Wersja Polaków jest znacznie mocniejsza wokalnie (są sample oryginalnego wokalu), z większą obecnością klawiszy, przesterowanej, i moim zdaniem za bardzo zostawionej w tle gitary. Pozostałe dwa kawałki to klimatyczne, mroczne piosenki, w których słychać inspiracje Samael (zanim kilka ładnych lat temu poznałem nausznie Strommoussheld, mówiono mi, że to polski Samael) i nie mało naleciałości z Dalekiego Wschodu oraz takiej minimalistycznej elektroniki. Drapieżnie też jest, choćby w połowie “Long Ago Gone”. Podoba mi się taki psychodeliczno-metalowy początek “Connective Tissue”, zwłaszcza chory, zmodulowany wokal na tle basu. Materiał na pewno interesujący, ale ciężko przewidywać, co może przynieść duża płyta, bo nie wątpię, że Maels takową ma w planach.
Pro-Creation to polskie odkrycie ostatnich dni, którego oczywiście nie dokonałbym, gdyby nie a great deal of help from Tomasz Mądry z Tone Industrii, który zechciał podzielić się pełną płytą w wersji promocyjnej. Kapela jest z Rybnika, istnieje od ładnych paru lat, gra na trzy gitary, więc moc jest z nimi. Polecam w ciemno lubiącym granie typu Pantera, Biozahard, Sepultura (czasy “Chaos A.D.”, “Roots” – fragment “Erase My Mind” kojarzy się z “Refuse/Resist” ) plus old school hard core, plus lekki wtręt rapowy, psychodeliczny, spore poczucie humoru, ciężarowe i chwytliwe riffy a la na przykład nieodżałowany Illusion, by nie szukać tylko za granicą. No i plus całkiem niegłupie teksty. Albo inaczej, jeśli myślicie, że Frontside to najlepszy z ostrych zespołów, śpiewających po polsku, to bardzo się mylicie. Aby się przekonać jak bardzo, odwiedźcie MySpace’a chłopaków, bo takowy oczywiście posiadają.
Promo liczy 11 kompozycji, z których część jest po angielsku. Brzmią znakomicie. Ten kto siedział za konsoletą, zdecydowanie wiedział, jak głośno powinny być “wiosła”, jakie brzmienie “garów” najlepiej pasuje do takiej muzyki. Wokalista drzeć się potrafi bardzo konkretnie, umie też zaśpiewać czysto. Pro-Creation stosuje różne ozdobniki do głosu i gitar, ale z umiarem i we właściwych, moim zdaniem, miejscach. Czekam z niecierpliwością na to, kto dostrzeże ich potencjał i wyda ich na płycie, która ponoć ma się nazywać “Porcellus”, jeśli nic nie pomyliłem. Bardzo ciekawa grupa z nurtu, który licznie nie jest u nas reprezentowany, a przynajmniej o jego reprezentantach nie dowiemy się za wiele.
O Mnemic i “Sons Of The System” nie ma za wiele do pisania. Mocno core’owe darcie się do coraz bardziej melodyjnego thrash-, death-, metalcore’owego grania, w którym pobrzmiewa też industrial,minimalistyczna elektronika, nie ma już tej siły rażenia, co pięć lat temu. Pożyczę fragment tytułu całkiem udanego numeru “Elongated Sporadic Bursts” i napiszę, że są tu sporadyczne wybuchy dobrych pomysłów. Rządzi przewidywalność i powtarzalność patentów ojców duchowych Mnemic, Fear Factory. Różnica polega na większej dawce słodyczy i chwytliwości u duńskiej formacji.
W superlatywach i z szacunkiem piszę zaś o “Ironbound” Overkill. Album ukazuje się w roku jubileuszowym, w 2010 przypada 25 lat od wydania pierwszej płyty. Kwintet z New Jersey pewnie nie zastanawiał się na specjalną celebracją, gdy przebywał w studiu, ale na krążku da się zauważyć, iż przeszłość Blitza i D.D. co jakiś czas nawiedza. I dobrze, bo wychodzi z tego niezła muzyka. Malkontenci mogą narzekać, że nie ma w niej nic nowego, zaskakującego, że jest jedynie doskonale znany thrash metal. Inni będą się irytować wokalem Blitza, do którego nie przywykli przez lata, jeszcze inni wzdychać do złotego okresu od “Feel The Fire” do “The Years”. Zamiast dywagować, narzekać, założcie słuchawki, ustawcie głośność na minimum 8 i odpalcie “Ironbound”. Moc rażenia płyta ma sporą, czego nie spodziewałbym się po nijakiej “Immortalis”.
Plus “Ironbound” to równy poziom. Ciężko wyróżnić któryś z numerów i równie niełatwo jest wskazać na zdecydowanie słaby punkt. Z pewnością uwagę zwraca wspomniany “Give A Little”, bo Blitz przez moment śpiewa nisko i melodyjnie, niczym thrashowy Elvis. Overkill poza odkrywaniem przeszłości na nowo czerpie z klasyki metalu. Riffy w “Bring Me The Night” i “Killing For A Living” to pokłon dla Judas Priest. W paru miejscach gitary grają unisono jak u Iron Maiden, tu i ówdzie unosi się duch Black Sabbath. Jest fragment w “Killing For A Living”, gdy Blitz recytuje tekst, a w tle słychać slayerowo zawodzące gitary. Gorąco polecam maniakom dobrego thrashu!
W następnym wejściu spełnię kolejną obietnicę i skreślę parę słów o jeszcze jednym odkryciu, norweskim Obliteration i płycie “Nekropsalms”. Old school black metal, ale zagrany przez kolesi, którzy na pewno nie wzięli instrumentów do ręki wczoraj. Płyta jest już w Polsce, za dystrybucję odpowiada Foreshadow, a kupić można w Omnio.pl.
Dwie legendy punk rocka w Polsce!
Po raz kolejny do Polski przyjadą legendy punk rocka – U.K. Subs i Vibrators. Zespoły będzie można obejrzeć w Warszawie i Krakowie. Informacja dotarła do mnie dzięki Robertowi Szymańskiemu, wokaliście Sexbomby. Legionowska grupa będzie pełnić rolę supportu podczas stołecznego koncertu, który odbędzie się 3 lutego w warszawskiej Proximie, przy ul. Żwirki i Wigury 99a. Początek imprezy o godz. 18:00, wejściówki 38/45 zł.
Dzień później Brytyjczycy plus polskie Psy Wojny wystąpią w krakowskim klubie Kwadrat, przy ul. Skarżyńskiego 1. Początek również o 18:00. Bilety 40/50 zł.
Od-PIS-olcie się od Nergala!
Staram się nie brudzić polityką, ale czasami szlag mnie trafia i nie mogę się powstrzymać. Nergal już nie raz przed sądem stawał i niewykluczone, że będzie gościć przed trybunałem po raz kolejny, bo posłom PIS przypomniało się, iż kilkanaście miesięcy temu obraził ich uczucia religijne. Rok wyborczy, sukcesów politycznych i gospodarczych jak na lekarstwo, więc najlepszym sposobem na zaistnienie jest dokopanie celebrycie, który jest z innej wyznaniowo opcji, a do tego nie unika prezentowania swoich poglądów na wiarę w kraju dominującą. Eksposeł Ryszard Nowak od lat toczy krucjatę z metalowymi zespołami, głównie narażając się na śmieszność, choć niestety jego głosu słuchają czasem lokalne władze i koncerty bywają odwoływane. Życzę Nergalowi, aby ponownie wyszedł z potyczki obronną ręką, gdyby do procesu doszło. Z konstytucją RP miałem bliżej do czynienia i jest tam zapis o wolności wyznania. Sztuka, kreacja artystyczna, czy jak tam nazywają to uczeni w prawie, rządzi się od zawsze swoimi prawami, o czym warto pamiętać. Ale nie wszyscy pamiętać chcą, stąd w Polsce procesy artystów, niekoniecznie wypowiadających się przez muzykę. Behemoth przeżywa najlepszy okres w karierze, “Evangelion” święci triumfy na świecie, ku mojemu (miłemu) zaskoczeniu świetnie radzi sobie również w ojczyźnie. Nad Wisłą póki co wysiłki muzyków docenił tylko Gdańsk. Wpadnie pewnie parę Fryderyków, ale na uznanie włodarzy kultury Nergal nie ma co liczyć. Pisałem kiedyś na tych łamach, że po koncercie Enslaved w Nowym Jorku z muzykami spotkał się przedstawiciel norweskiej ambasady. Dyplomata i blackmetalowcy?! W Norwegii na nikim nie zrobiło to wrażenia. Wyobrażam sobie, jakie larum by podniesiono, gdyby na przykład konsul RP w Los Angeles pofatygował się na koncert pomorskiej grupy. Szkoda, że oficjele nie umieją docenić zagranicznych sukcesów Behemoth okupionych przecież katorżniczą pracą. Może warto by zastanowić się, czy w ten sposób nie jest lepiej docierać do młodszego elektoratu?
Zostawiam politykę, wracam do muzyki, bo zaczyna się jej pojawiać coraz więcej. W zachwyt wprawił mnie podwójny koncertowy materiał Toma Waitsa “Glitter And Doom Live”. To jest showman z krwi i kości, który nie mizdrząc się do ludzi, potrafi znakomicie do nich trafić. Tom na pierwszej płycie mówi niewiele, choć jak już się odezwie, to boki zrywać (historyjka o pierwszej wizycie na eBayu). Atmosfera jak z knajpianej imprezy, na której wszyscy doskonale się bawią, czasami ekstatycznie reagują, smakując podawanych ze swadą, czasem z głębokim smutkiem, historyjek barda Waitsa do muzyki, w której pobrzmiewa powolny, brudny blues, country, łagodna ballada przy wtórze fortepianu, chwilami nawet rytmiczny, energetyczny rock. Krążek drugi to głównie zabawne historyjki opowiadane przez Waitsa, zakończone balladą “Picture In A Frame”. Niezwykle wciągający występ plus doskonała zabawa, jak w najlepszym kabarecie. Czego chcieć więcej? No może tego, aby Tom ponownie zawitał do Polski i zaprezentował taki spektakl. Niestety, trasa, która zaowocowała “Glitter And Doom Live” naszego kraju nie objęła…
Mile mnie zaskoczył jeszcze starszy od Waitsa artysta, Ringo Starr. Płyta “Y Not” to dawka dobrego, emanującego radością i optymizmem rocka starej szkoły. Krótka płyta (nieco ponad 36 minut), której słucha się bardzo miło. W The Beatles geniuszami byli John, Paul i George. I jako soliści to potwierdzili, nagrywając niezapomniane płyty i piosenki. Ringo też nagrywał solo, też odniósł sukces, lecz o jego muzyce zawsze mówiło się mniej, bo też nie było w niej tego magicznego błysku, który dawali swoim piosenkom McCartney, Lennon i Harrisson. Jest na “Y Not” dużo dobrej, szczerej, klasowej muzyki w wykonaniu klasowych muzyków, wśród których między innymi Ben Harper czy Edgar Winter. Świetnie wypadła Joss Stone w rasowym, rockowym “Who’s Your Daddy”, w którym stworzyła zabawny duet wokalny z Ringo (trochę przypomina to Impotent Sea Snakes z Lemmym w “Pink Lipstick”). Sir Paul przyjął zaproszenie przyjaciela do dwóch piosenek, w tym sentymentalnej, singlowej “Walk With You”. Kawał porządnej muzyki, którą gorąco polecam.
Zaskoczeniem innego rodzaju jest “Scratch My Back” Petera Gabriela. Pierwsza od bodajże siedmiu lat płyta artysty, na której znalazły się tylko covery. W skromnych aranżacjach Johna Metcalfe’a (m.in. Blur i Morrissey) jest dużo emocji. Peter zmierzył się m.in. z piosenkami Lou Reeda i Neila Younga oraz młodszych kolegów, np. Radiohead, Elbow, Arcade Fire. Dominują fortepian, smyczki i instrumenty dęte. Peter często śpiewa do delikatnego fortepianowego podkładu, czasami wzbogaconego o powoli wyłaniające się z tła skrzypce, wiolonczelę, dęciaki. Czasami wychodzi to bardzo udanie – “Heroes” Bowiego, świetny, pełny orkiestrowego rozmachu “Mirrorball” z repertuaru Elbow, bardziej stonowany “My Body Is A Cage” Arcade Fire, czasami niespecjalnie – The Boy In The Bubble” Paula Simona, “Flume” Bon Iver i “Listening Wind” Talking Heads. Nie jest to płyta równa, ale ciekawa, warta odkrywania, długiego smakowania. Peterowi udało się to, co innym mierzącym się z cudzym repertuarem udaje się rzadko – sprawił, że mamy wrażenie, iż słuchamy jego piosenek, zostawił w nich swój wyjątkowy ślad. Ale czekam na jego w pełni autorski materiał. No i na rewanż tych, których kompozycje Peter przerobił.
Piękną płytę nagrał Eels – “End Times”. Akustyczną, delikatną z ledwie kilkoma żywszymi momentami. To nie jest płyta, po której poczujemy radość, energię do życia, będziemy tryskać optymizmem. Ale jeśli potrzebujemy chwili refleksji, wyciszenia, to tych 14 pełnych silnych emocji piosenek może być odpowiednim do tego podkładem. Mark Oliver Everett napisał na krążek parę cudnych w swej prostocie kompozycji, jak choćby “In My Younger Days”, “I Need A Mother”, “The Beginning”. Alternatywny, żywszy, nieco ubluesowiony rock z przesterowanym wokalem i mocniejszą gitarą pojawia się ledwie kilka razy, choćby w “Paradise Blues” i “Unhinged”. Polecam gorąco tym, którzy lubią smutasów pełnych uroku.
Wkrótce parę słów o nowym Mnemic, poleconym przez Tomka z Tone Industrii polskim Pro-Creation, zaniedbanym przeze mnie Strommoussheld (sorry Maels, notka już na dniach, słowo), Overkill i Fear Factory. Filmowo znów robią mi się zaległości w nowościach, bo oglądam filmy starsze i – tak się jakoś złożyło – głównie czeskie lub słowackie. Znakomita “Śmierć pięknych saren”, niegorsze “Kawałek nieba” i “Pokój w duszy” (tutaj w jednej z ról Robert Więckiewicz). Polecam w ciemno.
Blog Omnio.pl, Rahim w podróży
Najlepszy sklep internetowy w Polsce oferujący ciężką muzę, czyli Omnio.pl, doczekał się bloga. Można go znaleźć pod tym adresem. Arek Młyniec, szef przedsięwzięcia, jak również prezes Foreshadow Music
, zamieszcza tam w tempie ekspresowym informacje dotyczące promocji (obecnie choćby o m.in. DVD Metalliki), wyprzedaży, najciekawszych zapowiedzi. Pomysł godny odnotowania, a to nie wszystko, co Omnio.pl ma do zaproponowania w zakresie promocji swojej oferty i możliwie najszybszego kontaktu z obecnymi i przyszłymi klientami. Kolejne racjonalizatorskie pomysły zostaną ujawnione wkrótce. Katalog Omnio.pl rozrasta się systematycznie, więc bloga oraz stronę sklepu warto regularnie odwiedzać i buszować po niej.
Kolejne informacje o swojej działalności nadesłał również Rahim. Niestrudzony promotor wartościowego rodzimego hip-hopu, żywa legenda tego gatunku w Polsce, tym razem informuje o tym, że rozpoczyna nagrania pierwszej solowej płyty. Oto pełna informacja:
Rahim wszedł do studia
Rok 2010 w MaxFloRec ma być jeszcze bardziej pracowity od poprzedniego. Staramy rozwijać się na wszelkich płaszczyznach, ale bez wątpienia wydarzeniem pierwszego kwartału nowego roku będzie wydanie pierwszego solowego albumu Rahima.
Album “Podróże po amplitudzie” to efekt kilkuletnich przemyśleń i kilkutygodniowej pracy twórczej z długopisem i kartką. Od kilku dni trwają intensywne wieczorno-nocne sesje nagraniowe, których efekt usłyszycie na przełomie lutego i marca. Zainteresowanych szczegółami przebiegu prac zapraszamy na stronę www.straho.com, na której znajdziecie dziennik opisujący kolejne dni realizacji albumu. Tam również będą systematycznie ujawniane szczegóły dotyczące producentów, gości a także inspiracji i anegdot związanych z nagrywaniem tej płyty. Miłego czytania!
Zamykając poprzedni, bardzo udany dla nas rok, dziękujemy wszystkim którzy przyczynili się do sukcesu akcji Max Flo X-Mas, która w tym roku odbywała się równolegle w Mikołowie, Łodzi, Rybniku, Gliwicach, Tychach i Bytomiu. Przede wszystkim serdeczne “żółwiki” dla uczestników zbiórki karmy i akcesoriów dla zwierzaków ze schronisk, których sytuacja zimą jest najcięższa. Wasza hojność przerosła możliwości naszych środków lokomocji, a także oczekiwania opiekunów schronisk, którzy robili na nasz widok wielkie oczy. Dzięki także dla uczestników warsztatów dla dzieciaków. Mamy nadzieje, że zasialiśmy w Was “hip-hopowe ziarno”. Zapraszamy do obejrzenia krótkiej relacji z wydarzeń 22 i 23 grudnia na naszym kanale filmowym.
Last time…
Zwykle nie idę z modą pod rękę, ale w ostatnim dniu roku 2009 dołączę do grona tych, którzy publikują podsumowania najlepszych płyt polskich i zagranicznych. Nie podaję miejsc. Jedynie wymieniam tytuły, które mocno zapadły mi w pamięć i do których z pewnością jeszcze nie raz będę chciał wrócić.
10 najlepszych płyt zagranicznych:
MASTODON – “Crack The Skye”
ALICE IN CHAINS – “Black Gives Way To Blue”
LIVING COLOUR – “The Chair In The Doorway”
THEM CROOKED VULTURES – “Them Crooked Vultures”
SLAYER – “World Painted Blood”
DAVE MATTHEWS BAND – “Big Whiskey And The GrooGrux King”
MEGADETH – “Endgame”
BRUCE SPRINGSTEEN – “Working On A Dream”
CHARLIE WINSTON – “Hobo”
LYNYRD SKYNYRD – “God & Guns”
10 najlepszych płyt polskich:
ARMIA – “Der Prozess”
BRACIA – “Zapamiętaj”
SPIĘTY – “Antyszanty”
TITUS’ TOMMY GUNN – “La Peneratica Svavolya”
MAQAMA – “Maqamat”
PROGHMA-C – “Bar-do Travel”
BLACK RIVER – “Black’N'Roll”
BEHEMOTH – “Evangelion”
LOST SOUL – “Immerse In Infinity”
ŁĄKI ŁAN – “ŁąkiŁanda”
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Nadrabianie zaległości zajmuje dużo czasu, ale w ostatnim dniu 2009 roku postanowiłem, że trzeba zakończyć minione 12 miesięcy mocnym akcentem. Siedzenie niemal od świtu ze słuchawkami na uszach opłaciło się. Z paru powodów, lecz z jednego szczególnie. Wreszcie mogłem porządnie posłuchać najnowszego materiału Lost Soul “Immerse In Infinity” i z czystym sumieniem mogę podpisać się pod tym, co wcześniej donosili mi zaprzyjaźnieni melomani zakochani w mocnym graniu – to death metal na światowym poziomie! Możemy zachwycać się Nilem, Behemothem, oczekiwać z wypiekami na nowy Morbid Angel (który już za niedługo powinien się objawić), ale nie zapominajmy chwalić i doceniać własnego poletka. Jacek Grecki (autor muzyki i tekstów) długo, mozolnie kompletował odpowiedni skład, pieczołowicie przygotowywał materiał, nagrywał w kilku studiach i znalazł wydawcę, który rozumie na czym polega promocja ciężkiego grania (prężnie rozwijający się Witching Hour, za którym stoi Bart z Hermh). Najważniejsze jest to, że miał pomysł na to, jak death metal uatrakcyjnić, nic nie tracąc przy tym na sile uderzenia. Rzecz jasna na pierwszym planie jest brutalne łojenie, gwałtowne przyspieszenia, karkołomne łamańce, lecz na “Immerse In Infinity” usłyszymy również futurystyczne, przestrzenne fragmenty, czy wtręty etniczne. “Breath Of Nibiru” czy “Simulation” to po prostu miód dla uszu. Kawałki świetnie brzmią (miksy i mastering wykonano w Hertzu), a teksty Jacka naprawdę warte są przestudiowania, bo facet ma coś do powiedzenia. Cieszy oko również ładne opakowanie i szata graficzna. Jako oldschoolowiec przywiązuję wagę do takich drobiazgów J Dobrze się stało, że w końcu posłuchałem uważnie Lost Souls zanim wysypie się nawałnica premier. Po Armageddon to kolejny udany deathmetalowy powrót 2009 roku. Teraz pozostaje tylko czekać koncerty i życzyć Jackowi i chłopakom, aby “Immerse In Infinity” została zauważona i doceniona na Zachodzie, bo zasługuje na to niemniej niż “Evangelion” a z pewnością bardziej niż “Necropolis”.
Przyznam, że kiedy po raz pierwszy w 2004 roku usłyszałem o zespole Bracia i dowiedziałem się, kto za nim stoi, byłem mocno sceptycznie nastawiony. Ot, kolejni protegowani słynnego taty – myślałem. Zajęło mi jednak niewiele czasu, by owego sceptycyzmu się pozbyć, poleciałem szybko do sklepu i nabyłem “Fobrock”, po czym nie mogłem wyjść z podziwu, że w Polsce jest zespół tak świetnie grający klasycznego hard rocka i rocka. Lata temu nieźle robiły to Syndia, Lessdress, Human i paru innych, ale kto ich dziś pamięta poza garstką zapaleńców? Bracia kilka dni przed świętami wydali drugi krążek “Zapamiętaj”, na którym zaprezentowali się jeszcze lepiej niż na debiucie. Przydało się nawiązanie współpracy z Michałem Grymuzą, który poza tym, że jest świetnym gitarzystą, dysponuje niemałym talentem producenckim. “Wiosła” chodzą aż miło. Wielbiciele grania, w którym słychać inspiracje Deep Purple, Led Zeppelin, Thin Lizzy, Whitesnake, piękne harmonie wokalne, kojarzące się ze złotymi czasami AOR, gdy Boston, Journey, Foreigner, Reo Speedwagon i rzesza innych, zdobywali szczyty list. Bracia tym razem nagrali płytę żywszą, z większą ilością dynamicznych piosenek, z pazurem i pięknymi melodiami. Nielicznym udaje się w Polsce napisać rockową balladę bez ocierania się o obciach i nadmiar słodyczy. Oni to potrafią, czego dowodem przepiękna kompozycja “Jesteś częścią mnie”. Więcej o “Zapamiętaj” w recenzji. Będę wypatrywał z niecierpliwością koncertu Braci.
Jeszcze jedno miłe zaskoczenie made in Poland to Titus’ Tommy Gunn, czyli projekt Titusa z Acid Drinkers. Radość moja bierze się nie tylko stąd, że “La Peneratica Svavolya” to kapitalny, kipiący pozytywną energią, mocno motorheadowy materiał (więcej na jego temat pisałem choćby tutaj), lecz również stąd, iż Titus podpisał kontrakt na trzy krążki. Jeśli dwa następne będą równie przekonujące, dające tyle adrenaliny i radości, co debiut, to zwariuję, bo takie granie jest mi niezmiernie bliskie. Od razu zaznaczam, że Titus’ Tommy Gunn to nie jest polski odpowiednik Kingdom Come, który na debiucie bezczelnie zerżnął patenty Led Zeppelin, udając że tworzy coś nowego. TTG nie zżyna z Motörhead i nie tylko wpływy kapeli Lemmy’ego słychać na “La Peneratica…”. Choć wiem, że Titus nie zżyma się, gdy mówi się o nim polski Lemmy (kto by się zżymał, tak swoją ścieżką?). Lata temu Maciej Matuszak z Wilczego Pająka utworzył projekt Gomor (w odpowiedzi na Sodom, który zobaczył w Spodku i załamał się poziomem Niemców) i to był polski Motörhead pełną gębą i na nielichym poziomie. Szkoda, że chyba nic więcej poza kilkoma kawałkami po sobie nie zostawił. Pamiętam, że w radiu puszczano parokrotnie numer “Over The Riding”, ale później Gomor zniknął i już nie powrócił.
O nowym materiale Turbo już trochę pisałem. “Strażnika światła” też miałem okazję posłuchać dziś porządnie i wiem jedno na 100 procent – Wojtkowi zdecydowanie lepiej wychodzi poruszanie się w stylistyce hard/heavy niż thrash. Bardziej do niego pasuje. Fajne melodie układa na gitarze, solówki wycina znakomite, ale to akurat wiemy od lat. “Strażnik…” to coś pomiędzy “Kawalerią szatana”, “Smakiem ciszy” i “Dorosłymi dziećmi”, z paroma ciekawymi kompozycjami, choćby “Szeptem sumienia” czy bardzo szybkim “Niebezpiecznym tańcem” (fajne zwolnienie i basowe solo Bogusza Rutkiewicza). No i te gitarowe partie unisono w stylu Iron Maiden (Hoffmann- Dominik Jokiel)… Starzy fani metalu będą pod wrażeniem. Dobrym wyborem był wokalista Tomek Struszczyk (Pathology). Niełatwo jest wejść w buty, które kiedyś nosił ktoś taki, jak Grzegorz Kupczyk, a Tomek zrobił to całkiem przekonująco. Nie ma tu na pewno kawałków, które staną się evegreenami na miarę “Dorosłych dzieci”, ale jest klasyczny heavy metal na naprawdę nielichym poziomie.
Z zupełnie innej bajki pochodzi kolejny polski wykonawca, którego miałem przyjemność dziś bliżej poznać. Opolski Echoes Of Yul to snujące się w żółwim tempie niczym niemiecka armia wycofująca się spod Stalingradu, posępne, ciężkie, doomowo-drone’owe, odrobinę alternatywnometalowe granie. W zdecydowanej większość płyta jest instrumentalna. Wokale, a w zasadzie recytacje (cytaty z filmu/filmów?) słyszymy ledwie w kilku z 12 kompozycji. Trzeba wspomnieć, że płytę kwartetu zmasterował James Plotkin (m.in. Isis, Pelican, Sunn O))). Debiut Echoes Of Yul powinien przypaść do gustu nie tylko wielbicielom Isis, Pelican, Sunn O))), Neurosis, doomu i mrocznej, ambientowej elektroniki. Myślę, że krążek polubią również miłośnicy alternatywnego kina, które wywołuje w nas takie emocje, jak niepokój, lęk, niepewność. Muzyka jest mocno ilustracyjna i wytwarza atmosferę, którą porównałbym na przykład do “Blair Witch Project” (mniej więcej od połowy do końca trwania filmu), “Pi” lub podobnych niezależnych opowieści, niekończących się happy endem, nad którymi unosi się delikatna narkotyczna mgiełka. Echoes Of Yul to zespół godny polecenia i uważnego śledzenia. Za materiał słowa podziękowania należą się szefowi Foreshadow i Omnio.pl – Arkowi Młyńcowi.
On również dystrybuuje w Polsce drugi materiał studyjny Agua De Annique – “In Your Room”. Zawsze lubiłem głos Anneke van Giersbergen. Podobała mi się w The Gathering, przypadł mi do gustu również debiut Agua De Annique, w którym było niemało tej nostalgiczno-romantycznej Anneke, którą przed laty polubiłem, do tego fajnie wystylizowaną na stewardessę-femme fatale. Na “In Your Room” jest więcej radosnego popu niż nastrojowej Anneke, aczkolwiek są przebicia ze wspaniałej przeszłości, choćby w postaci “Home Again”. Domyślam się, że w życiu uroczej Holenderki dobrze się dzieje, jest szczęśliwa, spełnia się jako żona, matka, artystka sama kierująca swoją karierą i dająca sobie na tym polu nieźle radę, doceniana i zapraszana do współpracy przez innych. Nie jestem jednak przekonany, czy ten bardziej popowy, mainstreamowy kierunek to właściwa droga. Oczywiście artystka ma prawo tworzyć co chce, stylizować się na platynową blondynkę, epatować optymizmem miast nurzać się w melancholii, serwować figlarny uśmiech i naerotyzowane spojrzenie na okładce. Nic w tym złego. Rzecz w tym, że ta formuła na “In Your Room” w małym stopniu się sprawdza. Anneke tak mocno przyzwyczaiła nas do pewnego sposobu tworzenia atmosfery i interpretacji wokalnej, że nie każdemu od razu przypadnie wcielenie, w którym chwilami pobrzmiewa Dolores O’Riordan, a czasami niemalże irlandzka biesiadność. Pomoc Devina Townsenda też wiele nie dała, bo nagrania z nim piosenka “Just Fine” wcale “fine” nie jest. Jest niestety “boring”. Anneke to jednak wielki talent, artystka niezwykle wrażliwa, więc nie wolno przekreślać jej po jednym niezbyt udanym projekcie. O wiele bardziej przemawiały do mnie jej akustyczne nagrania z Dannym Cavanaghem z Anathemy.
Znowu powrót do twórcy polskiego, o którym napomknąłem już na długo przed peregrynacyjno-chorobową przerwą w komunikacji. Starsplanesandcircles i EP-ka “Structures”. Tylko 20 kilka minut muzyki, ale jakże pięknej muzyki! Z Tomkiem Mądrym jestem kontakcie od lat kilku, nie zamierzam tego ukrywać. To dzięki niemu “Structures” trafiła w moje ręce. Możecie sobie myśleć, że uprawiam kumoterstwo za litr gorzały, gram ziela (którego nie palę – słowo!), seks z apetyczną siostrą kolegi Mądrego (nie wiem, czy posiada, a jeśli posiada, czy jest apetyczna
), ale jeśli przejdziecie obok tej pozycji obojętnie, wiele stracicie. Pięć kompozycji o tytułach “Structure” i kolejnych numerach zabiera nas w świat mocno filmowy, ilustracyjny, gdzie jest chłodno, raczej niespokojnie, na pewno tajemniczo. To wyprawa w krainę porosłą ambientem, surowym, zimnym, odhumanizowanym industrialem, rytmicznymi samplami z lekkim tylko dotykiem gitary i zmutowanego głosu. Przy tych kompozycjach można puścić wodze fantazji, ale zrelaksować się raczej nie da, bo mocno wciągają, a atmosfera całości daleka jest od sielanki i błogostanu. Tomek zapowiada, że będą koncerty i nie mogę się doczekać aż Starsplanesandcircles zaczną występować. W głowie rysuje mi się występ pełen pięknych dźwięków i ciekawych wizualizacji oraz bankowo niespodzianek, bo nie wyobrażam sobie, by muzycy wyszli tylko na 20 kilka minut po czym zeszli ze sceny. Wspomnieć trzeba o innych artystach, którzy wspomogli Tomka przy “Structures”. Są to: Łukasz Myszkowski (współproducent; IN, Ostrov, eks-Antigama), Maciej Miechowicz (Neuma, Kostas New Progrram), Kostas Georgakopulos (Kostas New Progrram), Maciej Janas (Ketha), Dominik Strycharski (Pulsarus, Kostas New Progrram), Krzysztof Lenard (Pro-Creation, Deneb). Jeszcze raz wielkie brawa i czekam na więcej! I daj znać Tomaszu czy masz apetyczną siostrę, to może jakiś deal ubijemy
) Od razu zaznaczam, że ja nie mam, gdyby przyszedł Ci do głowy handel wymienny.
Dzięki działowi promocji Relapse’a odkurzyłem wspomnienia sprzed blisko 20 lat. Amerykanie zapowiedzieli bowiem materiał Buzzoven “Violence From The Vault”, kapeli, na którą natknąłem się po raz pierwszy jakoś po przemianach ustrojowych w Polsce, gdy nieco łatwiej było zdobyć zagraniczną prasę muzyczną. Buzzoven spory artykuł poświęcił “Metal Maniacs”, szczęśliwym trafem przeze mnie zdobyty. Zespół poznałem już dzięki życzliwemu koledze i nie spodobał mi się. To były czasy dominacji death metalu w moich uszach. Ale po latach udoomowiony stoner/sludge w klimacie zagrzybionej piwnicy wypełnionej gęstymi chmurami przez ćmiących jointy jeden za drugim, całkiem przyjemnie wchodzi. Na trzeźwo z pewnością nie jest do zniesienia jeden numer z “Violence From The Vault”, “Nod”. Blisko 15 minut przećpanego, schizoidalnego hałasu to jak na moje granice tolerancji za wiele. Teraz kolej na Convulse, ale to już w 2010.
A wszystkim, którzy tu zaglądają, czytają mnie, komentują i czasami besztają życzę wszystkiego “naj” oraz zdrowia. Plus, by zaglądali tu w miarę regularnie
) Do przeczytania w 2010.
RIP Mick Cocks :((
Fatalna tradycja odchodzenia tuż przed lub w trakcie świąt jest, niestety, kontynuowana. Nie chce mi się liczyć, ilu z wielkich odeszło w tym okresie… Teraz pożegnał nas Mick Cocks, gitarzysta Rose Tattoo. Zabrał go we wtorek, 22 grudnia, rak wątroby. Nie wiem, czy Angry’emu Andersonowi wystarczy siły, aby jeszcze zebrać kolegów i coś nagrać. Chciałbym. Kiedy zapowiedziano kilka lat temu, że Rose Tattoo szykują nową płytę, “Blood Brothers”, bardzo chciałem zrobić z nimi wywiad, a dokładniej z Angrym. Wiedziałem, że to barwna postać, facet mający sporo ciekawego do powiedzenia, grający w filmach, teatrach, parający się programami telewizyjnymi i dokumentami. Angry miał się pojawić po drugiej stronie słuchawki, ale w ostatniej chwili zmieniono mi rozmówcę, właśnie na Micka Cocksa. Nie byłem zachwycony, ale cóż było robić… O jakiejś nieludzkiej porze, typu 9.30, wykręciłem numer na Antypody, gitarzysta odebrał i… okazał się być przemiłym człowiekiem, bardzo oddanym temu, co robi, często się śmiał. Rozmowa trwała chyba z 30 minut i dłużej nie mogła, bo do artysty miał dzwonić kolejny dziennikarz. Na koniec były tradycyjne pozdrowienia i życzenia, abyśmy się kiedyś spotkali podczas koncertu w Polsce. Niestety, już się nie spotkamy. Mick odchodził i wracał do Rose Tattoo. Był jednym z jego założycieli. Jak teraz sobie czytam zapis wywiadu z nim, moją uwagę zwraca jedna wypowiedź: “Wiesz, Rose Tattoo to nie jest taki zwykły zespół [śmiech]. Muzycy przychodzili do zespołu, potem nie było ich w składzie. Ale tak naprawdę nigdy do końca nie odchodzi się z Rose Tattoo. Zawsze pozostajesz jego częścią. Byli i obecni członkowie oraz fani tworzą jedną wielką rodzinę”. Mick zwrócił mi wtedy uwagę, że powinienem sprawdzić zespół Airbourne. Miał wyczucie, bo chłopaki łoją aż miło i słychać w ich muzyce inspiracje AC/DC i Rose Tattoo właśnie.
Zespół z czasem stał się legendą, jego ” Nice Boys Don’t Play Rock’n'Roll” przerobili kiedyś Guns ‘N Roses, z “Remedy” zmierzył się nie tak dawno goszczący w Polsce Tankard. Jego legenda nie dorównuje rodakom z AC/DC, ale miejsce w historii rocka Rose Tattoo ma dawno zapewnione dzięki płytom Rose Tattoo”, “Assault And Battery” i “Scarred For Life” oraz niezapomnianym koncertom. O tym ostatnim niestety nie miałem okazji się przekonać naocznie i nausznie, ale z relacji tych, którzy mieli to szczęście wynika jednoznacznie, że wiele straciłem. RIP Mick ['].
Po sporej przerwie spowodowanej chorobami i wyjazdem, powracam na krótko przed świętami. Moje własne refleksje na temat muzyki i filmów pojawią się zapewne jakoś w trakcie świąt. Dziś po raz kolejny wspieram dobrych znajomych, którzy niestrudzenie promują ciekawe wydarzenia – jedno stricte muzyczne, drugie muzyczno-charytatywne.
Robert Szymański (Sexbomba) donosi, że pod koniec lutego dowodzona przez niego załoga zagra w Łodzi koncert jako support punkowej legendy Anti-Nowhere League. Impreza odbędzie się 27 lutego 2010 (sobota) w klubie Dekompresja ul. Limanowskiego 200, o godz.19:00. Bilety w cenie: 48 zł (przedsprzedaż) i 55 zł (w dniu koncertu). Wystpią:
Anti-Nowhere League – legenda drugiej fali punk rocka z Tunbridge Wells (Wlk. Brytania). Ich utwór “So What” wszedł na stałe do repertuaru Metalliki, a wokalista Animal został zaproszony, aby zaśpiewać wraz z nimi na stadionie Wembley w Londynie. Ich pierwszy album “We Are The League” z 1982 roku należy do kanonu punk rocka.
Peter And The Test Tube Babies- kolejna klasyczna formacja punk rockowa z Peaceheaven (Wlk.Brytania).
Sex Bomba -rock’n'roll punk z Legionowa.
Nowy Świat - punk’77 z Warszawy.
Ciekawą informację nadesłał również Rahim (MaxFloRec). Poniżej przytaczam w całości. Kolejnego postu z mojej strony można się spodziewać wkrótce i mam nadzieję, że tak długich przerw jak ostatnio już nie będzie.
Oto info od Rahima:
23 grudnia 2008 nasza ekipa zabawiła się w św. Mikołaja i sprawiła trochę radości dzieciakom oraz bezpańskim zwierzakom. Oczywiście w tym roku nie zamierzamy postąpić inaczej. Co więcej, tegoroczna edycja MaxFloXmas zwiększa siłę siłę rażenie, zarówno pod względem miast, jak i liczby zaangażowanych.
Rok temu mikołaje z MaxFlo odwiedziły bytomską Kronikę, gdzie przeprowadziły mini warsztaty dla polsko-czeczeńskiej grupy dzieciaków i finalnie wręczyły im świąteczne prezenty. Następnie udały się dokonać zakupów karmy, aby przekazać ją katowickiemu schronisku dla zwierząt.
W związku z progresem naszej wytwórni w tym roku może być jedynie lepiej. Nasza akcja startuje już dziś, a kończy się w środę i angażuje kilkunastu naszych artystów oraz co najważniejsze…. Was samych!
Oto plan naszej akcji:
21.12 / Tychy /godz 16.00 > odbędą się warsztaty dj-skie, które poprowadzi DJ Mahu w tyskiej świetlicy młodzieżowej (ul. Wyszyńskiego 1)
22.12 / Gliwice / godz 16.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi Esko, Szadka i Di.N.O w gliwickim klubie Gramofon (ul. Średnia 12)
22.12 / Mikołów / godz 17.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi Rahim, Majkel i Minix w mikołowskim klubie Fraktal (ul. Karola Miarki 15)
22.12 / Rybnik / godz 17.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc.) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi GrubSon, Ania i Aga w rybnickim klubie Kulturalnym (na rynku koło Sphinxa)
22.12 / Łódź / godz 17.00 > zbiórka karmy oraz wszelkich zbędnych przedmiotów (koce, kołdry, poduszki, etc) dla zwierząt ze schroniska, którą poprowadzi Matek z NTK w jednym z łódzkich lokali (ul. Kościuszki 53/13)
23.12 / Bytom / godz 10.00 > warsztaty beatboxowe, które poprowadzi Minix w bytomskiej Kronice (ul. Rynek 26)
23.12 / Łódź / godz 14.00 > warsztaty beatboxowe, które poprowadzi Zorak3000 w łódzkim domu dziecka
Oczywiście powstanie fotorelacja z całej akcji, którą opublikujemy jeszcze w tym roku. Zapraszamy do uczestnictwa.
Sępy, hiphopowa banda, znakomici Czesi…
Pora nadrabiać zaległości, które bynajmniej nie wyniknęły z lenistwa czy braku wartościowych materiałów, lecz z konieczności poświęcenia się w większym niżbym przypuszczał wymiarze czasowym obowiązkom naukowo-logistycznym. Ale najpierw kolejna koleżeńska przysługa dla Rahima i ekipy MaxFlo Records. Oto najświeższe info (choć opublikowane z małym poślizgiem – mojej winy) o nowym wydawnictwie, opatrzone okładką tegoż:
“Inwazja parchów już 4 grudnia
Tegoroczna barbórka będzie zupełnie inna niż wszystkie, bo zamiast górników w galowych strojach z podziemi wydostanie się najbardziej zwariowana hiphopowa banda. Same parchy, czyli 3oda Kru właśnie wtedy zadebiutuje na rynku fonograficznym ze swoim »Parchastycznym mikstejpem«. GrubSon, Metrowy, Jot i Bu przygotowali muzyczną bombę, której rozbrajanie powinno sprawić mnóstwo przyjemności fanom muzyki wymykającej się wszelkim schematom”.
“Zróżnicowana klimatycznie, pełna zabawnych skitów, nafaszerowana doskonałym rapem płyta - została w całości wyprodukowana przez GrubSona, który udowodnił że potrafi wyprodukować nie tylko ciężki ruffneck. Czerpiąc z bogactwa różnych gatunków, artysta tworzy zupełnie nową jakość zaskakując rytmiką i dynamiką swoich utworów, które jednocześnie nie tracą przebojowości”.
“Płyta w formie mikstejpu – bo tak należy ten album określić, do sprzedaży trafi 4 grudnia. Tego samego dnia odbędzie się specjalny promocyjny koncert łączący trasę O.R.S. GrubSona z premierowym wykonaniem mikstejpu 3ody Kru. Zapraszamy od 20.00 do katowickiego klubu Cogitatur (ul. Gliwicka 9b), w którym MaxFloRec wraz ze świętym Mikołajem połączą siły, aby w ramach prezentu każdemu posiadaczowi ważnego biletu na ten koncert wręczyć »Parchastyczny mikstejp« na CD”.
“Bilety oraz płyty w przedsprzedaży można już zamawiać na www.sklep.maxflorec.pl, a stronę wykonawców odwiedzić pod adresem www.3oda.pl“.
Mniej było czasu na filmy, aczkolwiek udało mi się obejrzeć “Rewers” Borysa Lankosza i stwierdzam, że pochwały jakie posypały się po premierze są jak najbardziej uzasadnione. Czapki z głów przed debiutującym w pełnym metrażu reżyserem (wcześniej twórcą ciekawych dokumentów), który wspaniale potrafił oddać ducha Polski sprzed prawie pół wieku i znakomicie porozumieć się z aktorami. Chwali się najczęściej Agatę Buzek (zasłużenie, panna ma talent wielki i na pewno sławny tata nie ma tu nic do rzeczy; nie bez powodu kilka dni temu uznano ją za jeden z najbardziej obiecujących talentów europejskiego kina), ale na niemniejsze pochwały zasługuje Marcin Dorociński odgrywający dwie role, jak również sławy polskiego kina – Krystyna Janda i absolutnie znakomita Anna Polony w roli babci. Dopełnieniem imponującej całości jest muzyka Włodka Pawlika, o której z kolei mówi się nieco mniej, a powinno zdecydowanie więcej. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wykroić czas na obejrzenie “Domu złego” Wojciecha Smarzowskiego, po którym obiecuję sobie jeszcze więcej niż po “Rewersie”. Zwiastun był powalający, podobnie jak recenzje.
Z braku częstszego kontaktu z filmem, królowała muzyka. Pochłonąłem już w całości i wielokrotnie debiut Them Crooked Vultures, o którym można napisać tylko, że to arcydzieło stworzone przez supertrio. W rockowej kategorii, bardzo szeroko pojętej, może z tym krążkiem konkurować tylko ostatni Living Colour. Kapitalny rock, pełen energii, fajnych ozdóbek (mandolina, klawisze) w starym stylu, podlany stonerem, bez żadnych pretensji czy ukłonów w stronę którejś z mód. Zresztą, Grohl, Homme i John Paul Jones dawali niejednokrotnie dowody na to, że robią wszystko po swojemu. W jednej piosence podejrzewałem udział Marka Lanegana, ale po gruntownym researchu okazało się, że to Josh, który korzysta z niższych rejestrów swego głosu. Cieszy mnie to, że recenzja “Them Crooked Vultures” spotkała się z takim zainteresowaniem, że przeczytało ją kilkanaście tysięcy ludzi. Jeszcze większą radość wzbudziła wypowiedź Dave’a, z której wynika, że raczej będzie kolejna płyta. Żeby tak jeszcze dotarli do Polski…
Dość pozytywnie zaskoczyło mnie Turbo. “Strażnik światła” to raczej pokłon klasycznemu metalowi niż wściekłe thrashowe młócenie w stylu “Dead End”, “One Way”. Dobrze wypada nowy wokalista Tomek Struszczyk. Ma inną, mniej drapieżną barwę niż Grzesiek Kupczyk, ale całkiem dobrze pasuje ona do muzyki zespołu. Wszystkie teksty śpiewane są po polsku i Tomek nieźle sobie radzi z tą niełatwą sztuką. Muzycznie, jak wiadomo, Turbo nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. No, ale jeśli w zespole są tacy wyjadacze jak Wojtek Hoffmann, Bogusz Rutkiewicz, a na bębnach znakomity Tomek “Krzyżyk” Krzyżaniak to nie ma się czemu dziwić. Z pewnością nie jest to najlepsza płyta Turbo w dorobku, lecz na to pewno dobry metal, z którym warto się zapoznać. W końcu Turbo to jedna z legend ciężkiego grania w naszym kraju, a że Kat (w którymkolwiek wcieleniu osobowym) i TSA nie rozpieszczają nas wydawnictwami…
A propos Krzyżyka. W tym roku pojawił się już na “Der Prozess” Armii, a kilka dni temu ukazała się kolejna płyta formacji Budzego z jego udziałem, “Freak”. O “Der Prozess” rozpisywałem się kilka miesięcy temu, wynosząc album pod niebiosa, bo faktycznie powalił mnie swoją mocą połączoną z wyrafinowaniem aranżacyjnym. “Freak” do mnie nie trafił, niestety. Podskórnie czułem, że ponowne nagrywanie z Robertem Brylewskim i Sławomirem Gołaszewskim nie zaowocuje pozycją o takim ładunku energii i nagromadzeniu fajnych pomysłów. Co istotne, w nagraniach nie brał udziału Banan, który przecież zawsze miał sporo do powiedzenia przy tworzeniu muzyki zespołu.
“Freak”, adekwatnie do tytułu, to dziwadło nielichego kalibru. Armia to jeden z tych zespołów, który zawsze był przeze mnie ceniony i szanowany, zawsze śledziłem z uwagą jego dokonania i byłem pod wrażeniem jego mocy, ewolucji. “Freak” pozostawił mnie z uczuciem zdziwienia, zaskoczenia, niezrozumienia. Psychodelia, freejazz, garażowy brud, hałasująca elektronika… Mało śladów tak zwanej klasycznej Armii, bardzo dużo saksofonów, mało słów, a do tego wszystkie po angielsku. Bądźmy szczerzy, Budzy nie czuje tego języka, nie za bardzo potrafi w nim śpiewać. Są tacy, którzy potrafią to znakomicie, patrz Titus z Acid Drinkers, jak i tacy, którzy powinni skupić się na przekazywaniu swoich myśli po polsku. Budzy zdecydowanie powinien pozostać przy używaniu ojczystego języka. Staram się zrozumieć, po kiego czorta nagrali taki album i jeszcze nie mogę dociec przyczyn. Najgorsze jest w tym to, że na “Freak” nie ma takiego numeru, który porywałby nas po kilkunastu sekundach, a chyba na każdym z poprzednich krążków taką kompozycję można było bez większych trudów znaleźć. Jak ktoś lubi stary Pink Floyd w połączeniu z alternatywnym rockiem, freejazzem, odrobiną etnicznego grania, a wszystko to otoczone jakby narkotycznym obłokiem, może śmiało sięgać po “Freak”. Oczekujący Armijnych czadów z waltornią Banana, niech czują się ostrzeżeni.
Creed nigdy nie należał do moich faworytów. O wiele bardziej podobał mi się projekt Alter Bridge, powstały po rozpadzie z inicjatywy Marka Tremonti, o ile pamięć mnie nie zawodzi. Creed grał taki hipermarketowy grunge, wizerunkowo bezpieczny, umyty, uczesany, bezpiecznie podany, bez rzężenia rodem z zatęchłego garażu, polany grubą warstwą lukru. W słodycz wpakowano tęsknotę za miłością, melancholię, która pasowała do miłośników serialu o podlotkach z dobrych domów, które mają poważny problem, bo mama i tata nie chcą dołożyć do nowej corvetty, a przecież koleżanka z klasy ma… “Full Circle” ma tę przewagę nad wcześniejszymi płytami Creed, że Stapp mniej stara się śpiewać z manierą a la Eddie Vedder i bardziej jest sobą. Zdarza mu się nawet porządnie wydrzeć. Cukierni też jest w moim odczuciu mniej, aczkolwiek za dużo w tym zestawie tych samych ciastek lub o za mocno zbliżonym smaku. Z tuzina wyłowiłbym może dwie, trzy piosenki – tytułową (trąci bluesem z Nowego Orleanu) i “The Song You Sing”. Creed rzecz jasna nie stracił umiejętności pisania fajnych melodii. Umie przyłożyć. To solidny rockowy zespół. Na swoje szczęście wiele lat temu odniósł kolosalny sukces. W przeciwnym razie na taki album, jak “Full Circle” niewielu zwróciłoby uwagę.
Jako podkład do pogłębiania wiedzy wykorzystałem bardzo miłą dla ucha składankę “Hollywood Mon Amour”, na której znalazło się kilkanaście piosenek, które pojawiły się w filmach. Subtelne aranżacje, mocno akustyczne z delikatną elektroniką, w stylu łagodnego popu (chwilami nieco żywszego) mogą się podobać. Z powszechnie znanych śpiewają między innymi Skye z Morcheeby (“Call Me” Blondie) i Juliette Lewis (“This Is Not America” Davida Bowiego i Pata Metheny). Po raz kolejny podziękowania należą się Adamowi Śliwakowskiemu z Metal Shopu, który ową kompilację wytropił i zechciał się nią ze mną podzielić. Taka refleksja mi się nasunęła po przesłuchaniu, że większość tych przeróbek doskonale nadawałaby się do ścieżek dźwiękowych filmów Quentina Tarantino, jak i na składanki chilloutowe.
Niemniej miły podkład stanowiły płyty Jaromira Nohavicy, z których najmilej słuchało mi się “Tri Cunici” oraz “Divne Stoleti”. Na tej drugiej znalazła się rozsławiona w polskiej wersji językowej przez Artura Andrusa “Cieszyńska”. Co ciekawe, Jaromir część oryginalnego tekstu śpiewa po polsku, którym – jak się przekonałem kiedyś oglądając wywiad telewizyjny z nim – posługuje się ze sprawnością o wiele większą niż selekcjoner naszej narodowej reprezentacji kopaczy nożnych mizernych wielce.
Nohavica grywał kiedyś z zespołem Czechomor, za naszą południową granicą wykonawcą legendarnym. Od dość dawna czekały na swoją kolejkę dwie płyty tej kapitalnej grupy. Z zachwytem pochłonąłem album, który Czesi stworzyli do spółki z Jazem Colemanem z Killing Joke – “Promeny”. Panowie, z tego, co wiem, spotkali się ładnych parę lat temu. Zarówno Czechomor, jak i Jaz Coleman wzięli udział w znakomitym filmie “Rok diabła”, w którym pierwszoplanową rolę gra Nohavica. “Promeny” z Killing Joke oczywiście nie ma niczego wspólnego. To tradycyjna muzyka czeska, znakomicie wyprodukowana przez Jaza, nowocześnie brzmiąca. Mniej więcej w tym samym okresie, gdy powstawały “Promeny” Coleman przebywał przez kilka miesięcy w Krakowie, pracując z Nigelem Kennedym. Do dziś nie mogę wybaczyć losowi, że dowiedziałem się o tym post factum. Malutkim pocieszeniem jest to, że informację przekazał mi sam Coleman w telefonicznym wywiadzie… No cóż, będę się teraz uważniej rozglądał chodząc ulicami centrum.
Zanim wybiorę się w podróż (jeśli znowu nie nastąpi nieoczekiwana zmiana terminu) obejrzę sobie “Harakiri”, stary japoński film, który kiedyś nagrodzono w Cannes. Relację zdam najpewniej w drugiej połowie tygodnia.
Rockandrollowa Sexbomba i punkowa legenda
Punk nie jest dead. Wprawdzie żyje sobie gdzieś na obrzeżach muzycznego biznesu, ale nic nie stracił ze swojej bezkompromisowości, energii i szczerości. Przekonałem się o tym, oglądając na żywo GBH 26 listopada. Na swojej stronie umieścili hasło “punk junkies” i faktycznie są nimi od ponad 30 lat. 3/4 oryginalnego składu, czyli faceci mający dziś ponad 50 lat. Ale na scenie tego nie widać. Żywioł, energia nieprawdopodobne. Ani chwili wytchnienia. Łojenie od pierwszej do ostatniej minuty. Nie mam słów podziwu dla tych facetów, którzy niewielkim busem przemierzają Europę, aby punkową muzę prezentować gawiedzi, zapewne za jakąś symboliczną kasę. Co więcej, jak zapowiedział Colin Abrahall, w 2010 roku ukaże się nowa płyta GBH. W krakowskim LochNess zagrali z niej nowy numer, “Kids Go Down”, o ile mnie pamięć nie zawodzi. Spodziewałem się większej frekwencji (coś koło 350 osób było), większego pogo, hałasu. Na dość ciche zachowanie publiki zwrócił nawet uwagę Colin, który parę razy powiedział: “You are so quiet”. Ale zespołowi nie robiło to większej różnicy, bo ładował niemiłosiernie. Chyba nie tylko ja byłem tym zaskoczony. Sądziłem, że w okolicach 60 minuty para zacznie z Anglików uchodzić. Nic z tego. Wokalista zdobył się nawet na krótkie pływanie na rękach fanów, nie przerywając śpiewu. Punkiem nigdy nie byłem, ale po takim koncercie jakiś mały punk junkie pojawił się we mnie.
Grunt pod GBH świetnie przygotowała legionowska Sexbomba. Fajny, melodyjny punk and roll, zabawna konferansjerka Roberta Szymańskiego (facet jest urodzonym frontmanem) i wybór największych hitów, który zajął około godziny. Bezpretensjonalna, rockandrollowa zabawa. Była Mariola, woda, syty New York, a na bis “Bo jo cię kochom” De Pressu. Przed koncertem Robert powiedział mi, że pracują nad nową płytą z Adamem Toczko. W sumie ma być na niej 12 kawałków, a premiera przewidziana jest na maj. Sexbomba ma też supportować inną punkową legendę, Anti-Nowhere League. Koncert zaplanowano na luty w łódzkiej Dekompresji. Robert jest też animatorem sceny punkowo-rockowej i w rodzinnym Legionowie organizuje koncerty. Na 15 sierpnia 2010 zaprasza na kolejny. Gwiazdą ma być 999, zagra też kilka innych kapel. Wstęp za darmo. Jeszcze a propos koncertu w LochNess. Już po GBH spędziłem z fąflem czas na miłej pogawędce z wielce miłą rodzinką z Wadowic (mama, tata, nastoletnia latorośl). Zwróciliśmy na nich uwagę, bo mama i córa szalały, że hej podczas obu koncertów (headbanging zapodawały niesamowity). Rodzice postanowili edukować córkę muzycznie, zabierając ją między innymi na koncerty legend. Ale nie podsuwają jej na siłę muzy, dają wolną rękę, a latorośl najwyraźniej ma dobry gust i odpowiednią wrażliwość, i sama wybiera wartościowych artystów. Rodzice “kumają bazę”. W piątek dziewczę miało luz od szkoły J Fakt, lekko przeziębione było, więc naciągania nie ma. Niech się wyleczy, bo kolejne legendy niebawem pojawią się na koncertach.
Jeszcze jedno zaproszenie na koncert, tym razem od innego zacnego człowieka i zdolnego muzyka Maćka Łyszkiewicza (tak, jest spokrewniony z nieżyjącym Bodganem z Chłopców Z Placu Broni). To on stoi za No Limits, powołał do życia Leszcze, a obecnie przewodzi Łyczaczy. I właśnie na występ tego ostatniego projektu zaprasza. Przeczytajcie i skorzystajcie:
“Już 6 grudnia, w niedzielę, o godz.19 zapraszamy do gdyńskiej Cafe Cyganeria na koncert trójmiejskiego zespołu Łyczacza. Łyczacza to 7-osobowy projekt muzyczny, grający muzykę określaną przez dziennikarzy mianem bossa lounge. Formacja powstała w roku 2002 w Gdyni. Jej założycielem i autorem muzyki jest Maciej Łyszkiewicz, twórca wielu projektów muzycznych, takich jak m.in. No Limits i Leszcze”.
“Ciekawostką może być fakt, iż Łyczacza większe sukcesy odnosi zagranicą niż w Polsce, czego świadectwem są regularne trasy koncertowe w Niemczech oraz ukazywanie się ich piosenek na różnych składankach, m.in. The Lounge King (El Munecon) Presents w USA, Kanadzie i Meksyku (Independent Recordings), w doborowym towarzystwie artystów: Thievery Corporation, Montefiori Cocktail, Bebel Gilberto oraz Latin Garden II w Europie. Łyczacza ze swoją muzyczną mieszanką bossa novy, lounge music i latin jazzu jest prezentowana w stacjach radiowych na całym świecie, od Ameryki Płd. poprzez USA, Europę aż do Azji”.
“W Polsce do tej pory ukazały się dwie płyty zespołu: »Latino 69« i »Bossa-nova«. Ten ostatni album miał swoją premierę w czerwcu 2009 roku. Oprócz tego Łyczacza ma na koncie wiele udanych i ciekawych występów, m.in. na Ladie’s Jazz Festiwal w Gdyni a także, jako jedni z niewielu polskich artystów regularnie pojawiają się na kolejnych składankach z cyklu Ladie’s Jazz u boku największych gwiazd światowego jazzu, takich jak: Nouvelle Vague, Dinah Washington, Stacey Kent, Carmen Cuesta, Randy Crawford, Lizz Wright czy Patricia Barber”.
“Radość z grania, ciepła i zmysłowa barwa głosu wokalistki Marty Kubaczyk, kompozycje pełne tanecznych rytmów z elementami jazzu, bezpretensjonalność i spontaniczność na koncertach, wszystko to sprawia, że zespół Łyczacza i jego koncerty są niezapomnianym przeżyciem dla słuchaczy”.
Łyczacza wystąpi w składzie:
Marta Kubaczyk – wokal,
Maciek Łyszkiewicz – piano, lider,
Krzysiek Stachura – gitara,
Tomek Przyborowicz – bas,
Maciek Dombrowski – bębny,
Tomek Pańkow – trąbka,
Robert Dobrucki – saksofon,
Bilety w cenie 15 PLN do nabycia przed koncertem w Cafe Cyganeria. Posłuchać zespołu można na jego MySpace.
Z zaległości udało się nadrobić niewiele. Tylko Fu Manchu “Signs Of Infinite Power” – bardzo fajnie wchodzący rasowy stoner, oraz 69 Eyes “Back In Blood” – miłe dla ucha, melodyjne, chwytliwe gotycko-rockowe dźwięki, ale bez jakiegoś magicznego błysku. Za mną też pierwsze przesłuchanie nowej płyty Orphaned Land. Na wnioski oczywiście za wcześnie, ale miałem wrażenie, iż nie wchodzi to tak dobrze, jak “Mabool”, który przypadł mi do gustu. Album trwa dobrze ponad godzinę, fajnie brzmi, o co zadbał Steven Wilson. Dzieje się sporo, więc trzeba będzie jeszcze co najmniej trzech przesłuchań, aby powiedzieć o tym krążku coś bardziej konkretnego.



zostaw komentarz